wtorek, 12 stycznia 2010

dziwny ten rok...

się dopiero zaczął, a już mi jego intensywność wychodzi uszami. 
pogrzeby, stypy, pobyty w szpitalach, myśli o śmierci, sama śmierć w swojej bezkompromisowej okazałości... zmiany w życiu, utrata stabilności, zapiernicz z prędkością 170 km/h. zmęczenie. nawał obowiązków. dni śmigające obok z gwizdem i z hukiem spadające kartki z kalendarza. a dziś ewakuowaliśmy się w pracy z powodu fałszywego alarmu bombowego. zaowocowało to kupnem przeze mnie u konkurencji pięknej marynarki, o jakiej marzyłam i w której wyglądam jak ołowiany żołnierzyk :) smutna to była bajka. 

dziwny ten rok...

mam na parapecie stertę książek do przeczytania. w torbie wożę "grę anioła", poczytuję w tramwajach, o ile jakiś raczy się pojawić na czas. wczoraj jechałam do pracy godzinę, przy czym "jechanie" polegało przede wszystkim na wystawaniu na kolejnych przystankach i stopniowym zamienianiu się w kostkę lodu. 

tak sobie myślę. kolejne spotkanie z rodziną. okazja: pogrzeb. na co dzień nie ma na to czasu. przystanąć z tego dzikiego pędu. nie ma czasu i siły. a co za tym idzie- chęci. a potem pozostaje tylko płacz. że się mogło, a nie zdążyło. "śpieszmy się..." ech.

i tak sobie jeszcze myślę. jak to geny przechodzą na kolejne pokolenia. wszyscy dawno nie widziani zgodnym chórem twierdzą, że jestem bardzo podobna do Babci. ja widzę podobieństwa między nimi, kombinacje tajemniczych chromosomów, które powodują, że patrząc na kogoś, widzimy elementy układanki tworzące inną osobę. to niesamowite. może tak do końca nie przemijamy? może nasi potomkowie noszący w sobie pierwiastek nas, pomogą nam przetrwać i ocalić po sobie coś, cokolwiek na tym łez padole?

już mi się głupoty wplątują w potok słowny. i myślowy. ten myślowy przesiąknięty jest smutkiem jakimś, jakąś zapowiedzią nieszczęścia, wręcz na nie oczekiwaniem. bo jak mi heniu mówi, że było ich siedmioro, a pozostało dwoje i że teraz kolej na niego, to zamiast gwałtownego zaprzeczenia, rodzi mi się w głowie rezygnacja i strach, kiedy to nastąpi...? nie podoba mi się ten rok. boję się go. zwyczajnie się boję.

jutro znów dzień naszpikowany tysiącem obowiązków i rzeczy do zrobienia na już, a noc przeszyta monotonnym pikaniem skanerów zliczających towar, którego znaczna część została cichaczem wyniesiona przez nikczemnych ludzi. mam dość. idę spać. jutro muszę zrobić gołąbki, a kapusta się przypaliła. ten garnek jest do niczego.

2 komentarze:

Tom pisze...

smutne ale prawdziwe i pięknie spisane. W gruncie rzeczy nic nie przemija bezpowrotnie. Z tymi genami cos jest faktycznie na rzeczy- wiadomo- dziedziczenie, jednak ...czy to tylko podobny fason twarzy, czy całego kombinezonu ciała, wciąż się powtarza? Może i doświadczenie wszystkiego przechodzi na pokolenia- instynkt, zbiorowa świadomość? Skąd ptak bierze wiedzę o tkaniu gniazda i podróżach za ocean? Może nie warto się smucić z rezygnacją. Każde doświadczenie jest ważne, trzeba patrzeć uważnie, nawet jeśli życie tak szybko zapierdziela, że strach głowę wychylić.

ananke pisze...

...bo ją obetnie