niedziela, 4 kwietnia 2010

świąteczne feng - shui :)




czas refleksji i rozmyślań. też mi się z tej okazji coś odblokowało. jadąc samochodem miałam tyle głosów w głowie, że szkoda mi się zrobiło, że jeszcze nie ma możliwości nagrywania swoich myśli. bo zapisać nie zawsze jest jak, a to są czasem tak krótkie refleksy, że błysną i gasną niezapamiętane...

i tak sobie rozmyślałam nad skłonnością murakamiego do umieszczania studni w swoich książkach. może to hasło klucz? zastanawiałam się, jak to by było, gdyby zamiast siedzieć na dnie studni i nie móc się wydostać, można było przekierować siłę grawitacji w drugą stronę, tak aby wypychała na zewnątrz. i czy to by oznaczało, że chodzilibyśmy stopami po niebie, ciągnąc głową po ziemi? (with your feet on the air and your head on the ground...)


i o tym, jak wszystko się zmienia. jak przeszłość miesza się z teraźniejszością, przechodząc w przyszłość... o miejscach, które były, a już ich nie ma i o miejscach, których nie było, a są teraz. o tym, że jedynie za pomocą pamięci i aparatu fotograficznego możemy zatrzymać czas. o tym, że kiedyś gdzieś była dziewicza łąka, a teraz stoi osiedle betonowych wieżowców...

będąc na cmentarzu zatrzymałam na chwilę wybuchowe działanie hormonów, które atakowały przez cały dzień mój mózg. uspokoiłam się. zadumałam się na maleńkimi grobikami, z tłustymi aniołkami składającymi ręce do modlitwy, pilnującymi dzieci, którym było dane żyć tylko przez kilka dni. i nad kamiennymi tablicami na rodzinnych grobowcach, z których jedna była opatrzona imieniem i nazwiskiem, a druga czysta, jakby wciąż czekała na wyrycie na niej tego drugiego imienia... i nad tym, czy widnieje już tam jakaś niewidoczna data, czy już zostało gdzieś przez kogoś postanowione, jaka ona będzie...

myślałam też nad tym, jak się to dzieje, że czasem kilka razy spotkani ludzie mają na mnie lepszy wpływ niż ci teoretycznie  najbliżsi , których widuję na co dzień. i nad tym, jak to działa, że z niektórymi osobami nie widzę się przez dwa lata i czujemy się, jakby minęła chwila, mamy o czym rozmawiać i jest to bardzo naturalne, a z innymi osobami nie mam wspólnych tematów i robię się sztywna w środku, jak zostajemy sam na sam i muszę udawać, że jest zajebiście, a w rzeczywistości mam ochotę uciec jak najdalej...

ze mną jest chyba coś nie tak. nie potrafię bez bólu żyć w tym świecie w sposób, w jaki się tego wymaga. wkurzają mnie normy społeczne, wkurza mnie to, że coś wypada zrobić, że jakoś należy się zachować... że trzeba się śmiać z głupawych dowcipów, aby kogoś nie urazić, że należy się ubrać w określony sposób, że nie można komuś w twarz powiedzieć, że jest irytujący... coraz bardziej odkrywam w sobie kocią naturę, mam coraz większą ochotę pójść swoją własną ścieżką, z której nie będę musiała schodzić, bo komuś nie podoba się mój kierunek, bo ktoś mi narzuca lub oczekuje, że pójdę szybszym lub wolniejszym tempem, albo zboczę tam, gdzie on chciałby mnie zabrać. boje się tylko samotności. ale czymże jest samotność w tłumie, jeśli nie moim zamglonym spojrzeniem na otaczający świat, do którego chyba już nie pasuję...? może lepsza jest samotność w pojedynkę, sama już nie wiem. na pewno nie jest tak smutna jak ta niesamotność udawana...

...bo brak wtedy negatywnego feng-shui.

 i chuj :)


4 komentarze:

tom pisze...

Żyjesz dla siebie nie dla innych. taka jest prawda, nawet jeśli komuś wydaje się szczytem egocentryzmu. Co się tyczy norm i prawideł społecznych- ja robię tak: jeśli mam buty które mnie cisną i za nic nie chcą się ułożyć, zwyczajnie je wyrzucam;)
Życie to żart, czas jest jak błyskawica, nie ma sensu marnować tego na układanie siebie pod kątem niewygodnych butów i nieciekawych ścieżek... no ale niestety gotowych recept na wszystko niestety nie ma.
i chuj;)

Margarithes pisze...

:) pięknie

Paweł Ordan pisze...

w dupie mieć to wszystko
i szeroko się uśmiechać
z czasem nawet te czyste tabliczki na grobach przestają mieć znaczenie.

i chuj!

ananke pisze...

i chuj :)