środa, 28 kwietnia 2010

albert


mój kolega z pracy, Szu, posiada w tejże w swoim gabinecie grozy pająka. ptasznika. wielkiego, owłosionego potwora, którego wczoraj chciał nakarmić biedną, małą białą myszką. żywą myszką. przyniósł ją w tekturowym pudełku z kilkoma otworami do oddychania. żeby przypadkiem nie zdechła i była żywa podczas bycia pożeraną. co chwilę w którymś z tych otworów pojawiał się różowy nosek lub pazurki rozpaczliwie szukające drogi ewakuacyjnej. tatentychmiast zorganizowałyśmy z koleżankami szeroko zakrojoną akcję ratunkową. zamknęłam na klucz drzwi, za którymi czaił się potwór i wyrwałam z rąk oprawcy niedoszłą ofiarę. pojawił się problem, co z nią zrobić. w przekonaniu, że została zakupiona w sklepie zoologicznym na dole, poszłyśmy ją zwrócić. okazało się, że tam mają tylko szczury i inne gryzonie dziwacznej natury, ale myszka nie pochodzi stamtąd. miła pani z zoologicznego stwierdziła, że coś może wymyśli i ją zabierze. wyjęła ją z tego nieszczęsnego pudełka i wtedy po raz pierwszy zobaczyłam alberta :) wkulnął mi się na rękę i już nie zamierzał z niej zejść. stwierdziłam, że on na pewno chce zostać ze mną, ale nie mieszkam sama, więc musiałam wziąć  pod uwagę zdanie M. dla niego cała ta sytuacja była oczywiście niedorzeczna, mam sobie wybić z głowy myszkę, to nie jest dobry pomysł, a co z nią zrobimy, jak gdzieś wyjedziemy, a w ogóle to mam robić, jak uważam... ale chyba potrzebował czasu na przemyślenie i  po jakimś czasie odczytałam smsa o treści :jak bardzo chcesz, to ją weź... dziewczyny biorące udział w akcji ratunkowej aż piszczały z radości, ja zresztą też. i tym oto sposobem kierowana emocjami i kompletnym brakiem rozumu, wróciłam wczoraj do domu z albertem. dziś kupiłam mu nowy domek, oswajamy się ze sobą, boimy się siebie chyba w równym stopniu, ale myślę, że damy radę. w życiu bym nie przypuszczała, że będę mieć  mysz, która się źle kojarzy i nie jest jakoś szczególnie lubianym zwierzątkiem. myślałam, że będę się brzydziła wziąć ją na ręce, ale im dłużej przyglądam się temu szkrabowi, tym więcej sympatii do niego czuję. najsłodszy jest, kiedy śpi. zwija się w kulkę i opiera się na główce. przekomicznie to wygląda. ma białe, milutkie futerko, łysy ogonek i czerwone oczka  :) M. początkowo nie chciał nawet na nią patrzeć, ale potem do niej gadał i dziś zapowiedział, że zrobi jej sesję zdjęciową, bo jest śmieszna. podzielę się jej efektami na pewno :)

4 komentarze:

Paweł Ordan pisze...

koniecznie chcę poznać alberta!

KassWarz pisze...

dokładnie, czekamy na zdjęcia, musi byc uroczy:) zresztą to tak jak z dzieckiem- uroczo wygląda jak śpi...:)

emiliuska pisze...

Rozumiem, dlaczego tak się Wam nie podobała wizja pożarcia zwierzaka przez strasznego pająka.
Widziałam już myszy zjadane przez węża. Nic ładnego. Albo koniki polne wrzucane do formikarium.
Brrr.

Elliza pisze...

Ja bym zgazowala tego ptasznika a potem poprawila lopata!
Albercik jest boski!