to był trudny dzień. pozostawi swe engramy na długo. byłam w pracy, z lekka odcięta od świata rzeczywistego. przyspawały mnie do niego trzy telefony. katastrofa. wciąż nie wierzę...
co robi naród pogrążony w żałobie? widziałam dwa obrazki. jeden w telewizji, drugi na żywo. i coś we mnie puchnie, rośnie, chce się wydostać na zewnątrz. ten obrazek z telewizji można by oprawić w ramki. wszyscy smutni, zgromadzeni przed Pałacem Prezydenckim, zapalają znicze, modlą się, płaczą... ja widziałam coś innego.
dzikie tłumy w cudach i atrakcjach. stumilowe kolejki. zasapana gawiedź. robiąca syf. robiąca zamęt. kupująca szmaty na potęgę. niby powinnam się cieszyć, bo utargi zajebiste,ohohoho. tylko z całym szacunkiem, może chociaż czasem jakaś chwila zadumy? postoju. kasa to nie wszystko. jutro centrum zamknięte, ale taki werdykt wcale nie był dla osób decyzyjnych oczywisty. bo kasa. kasa. kasa...
dziewczyna około 15 lat. ochrona zwinęła ją za kradzież trzech par kolczyków za jakąś śmieszną kwotę. siedzi na zapleczu, zapłakana czeka na przyjazd policji. przychodzi jej ojciec, którego powiadomiła, że ma ją odebrać, pyta, co się stało. jako jeden z hersztów bandy muszę go uświadomić. jest w szoku. "jak to ukradła? mamy taki zwyczaj, że idziemy razem do centrum handlowego, ja siedzę i piję kawę, a ona biega po sklepach. ona jest jedynaczką, niczego jej nie brakuje, po co miałaby to robić?" co mam powiedzieć takiemu ojcu? w całej tej sytuacji jego najbardziej było mi szkoda.
jadę tramwajem. wpada czterech chłopaczków mniej więcej dwunasto- trzynastoletnich. rzucają kurwami. "-włączyć ci radio? - nie, cały dzień o tym trąbią, już kurwa nie chcę tego słuchać" dzieci. ze swoją wpisaną w ich istnienie niewinnością. jaka ja jestem naiwna! albo się już starzeję...
jadę dalej. nagle pod wpływem "energicznego" sposobu prowadzenia motorniczego odłupia się numer tramwaju. laska siedząca pod tymże i znienacka zaatakowana, chyba z nerwów dostaje ataku głupawki, a towarzysząca jej koleżanka wygłasza kwestię: "twój szczęśliwy numerek to...16!" uśmiecham się mimowolnie.
jestem już pod klatka schodową. panowie z administracji osiedla mocują biało-czerwone flagi. wśród tych dwóch kolorów przebija się niepozorna cienka czarna wstążka...
co tak naprawdę zapamiętam z tego dnia? szczątki samolotu, czy to, że jadłam penne z sosem bolońskim zapiekane z serem pleśniowym? abstrahując od wszelkich sympatii i antypatii politycznych, niezaprzeczalnie jest to jeden z najsmutniejszych dni w historii Państwa Polskiego. nie wiem, czy jestem patriotką. ale wiem, że jestem zwykłym człowiekiem. Ci, Którzy Zginęli, oprócz piastowanych stanowisk też byli tylko ludźmi. kiedy dowiedziałam się, że Prezydent nie żyje, od razu pomyślałam o jego żonie, o tym, że jej bardzo współczuję. i może komuś wyda się to dziwne, ale ulżyło mi, kiedy okazało się, że ona zginęła razem z nim. najgorzej bowiem mają ci, którzy zostają...
zaczęłam z większą uwagą patrzeć pod nogi. ze zdumieniem stwierdzam, że jest to czynność pasjonująca. uwielbiam tworzyć w głowie nowe historie na podstawie tego, co widzę. a znalazłam już wsuwkę do włosów, dwa fleczki zgubione zapewne w pośpiechu przez jakąś kobietę, kawałek łańcuszka na szyję, 20 groszy, ziemniaka w pobliżu sklepu (i już mam gotowy scenariusz, skąd się tam wziął...) oraz buty. buty są dość powszechne, zaraz po pustych butelkach, zwłaszcza na łące obok mojego osiedla, która niebawem zostanie zrównana z ziemią i zamieniona w kolejną betonową oazę. ale to są wszystko oznaki życia. życia, które trzeba chwytać garściami, bo nigdy nie wiadomo, co komu pisane...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz