coś mnie się zdaje, że go połknę niedługo... lomografia. "sztuka" improwizowana, nieprzewidywalna, odjechana. może to jest jakaś alternatywa dla idealnego, ostrego, równo wykadrowanego świata fotografii cyfrowej? powrót do korzeni czy profanacja? dla doświadczonych fotografików być może amatorszczyzna. mnie jednak zafascynowała. bez specjalistycznej wiedzy i bez zadęcia uzyskać można niezrównane efekty, być może w dużej mierze przypadkowe, ale za to niepowtarzalne. chropowatość i niedoskonałość fotografii wabi. do tego powrót do czasów dzieciństwa, kiedy to z zapartym tchem czekało się na wywołanie 36 zdjęć, z których kilka było prześwietlonych, gdzieś w rogu pojawiał się palec lub ktoś został pozbawiony głowy i nie było miejsca na pomyłki i powtórki, na kilka podejść do jednego tematu i wybieranie najlepszej opcji a usuwanie pozostałych. fotografia cyfrowa jest wygodna, użyteczna, ale nic nie zastąpi tego dreszczyku emocji, gdy odbiera się od fotografa kopertę z długo oczekiwanymi obrazami... jeżeli do tego obrazy te są na swój sposób magiczne i zniekształcone, czegóż chcieć więcej? czytając wiele lat temu "sklepy cynamonowe" miałam wrażenie, że oglądam świat przez kawałek brązowego, wygiętego szkła. patrząc na fotografie robione tą techniką mam podobne odczucia. rzeczywistość jest cudownie zdeformowana, przestaje być zwykła, nabiera nowego wymiaru... chcę go w sobie poszukać.

1 komentarz:
szukaj dzieciok, szukaj bylebyś samo nie zbłądziło.
swoją drogą, zacząłem przeszukiwać stare pudła ze zdjęciami. mam nadzieję, że na trafię na któreś łomowane.
Prześlij komentarz