poniedziałek, 17 maja 2010

no tak właśnie


nieźle. ledwo wróciłam z pracy i musiałam do niej wracać. właśnie weszłam do domu. nie zamknęłam systemu kasowego, co jest wybrykiem niewybaczalnym i postanowiłam swój błąd naprawić. zakręciłam się na pięcie i pojechałam z powrotem do CHP. żeby było śmieszniej, oczywiście wszystkie dostępne mi wrota były pozamykane i musiałam wejść od strony ochrony. na mojej drodze wyrósł pan, który ni cholery nie chciał mi uwierzyć (widać źle mi z oczu patrzy), że muszę tam wejść i robię to w dobrej intencji. a dowodu pani nie ma? aha, akurat z drugiego końca miasta pani tak szybko przyjechała... a nie może pani tego zrobić rano? a wie pani, że jest już pani na kamerze? w końcu udało się go jakoś spacyfikować i mnie wpuścił, oczywiście nie omieszkał pójść ze mną i patrząc mi na ręce kontrolował sytuację...

teraz wydaje mi się to wszystko śmieszne, ale jak wyszłam stamtąd, wcale nie było mi do śmiechu. bo mi się jakieś klepki pootwierały. bo u Mamy znów wykryto jakiegoś guza,  termin biopsji dopiero na czerwiec, a nie wiadomo, co to jest i czy może tak długo czekać...bo już jest pewne, że zostaniemy z A. rozdzielone w pracy i nasze obawy były słuszne. bo J. znów wyjeżdża do stanów i dziś po raz ostatni wracałyśmy razem tramwajem... bo nie ma przy mnie M. kiedy go potrzebuję, bawi się gdzieś na rynku nawet nie wiedząc, że włóczę się sama po nocy. jutro mija 6 lat, odkąd jesteśmy razem i rok od naszych zaręczyn. mam wrażenie, że utknęliśmy w martwym punkcie i zastanawiam się,  czy każdy związek jest skazany na dojście do takiego etapu...

i tak mi się to wszystko jakoś upłynniać zaczęło. stałam na tym moście teatralnym i ryczałam jak głupia w oczekiwaniu na ostatni tramwaj. nawet chusteczki nie miałam, żeby sobie nos wysmarkać.

chyba już mi lepiej. przydałby się tylko masaż karku...

Brak komentarzy: