wtorek, 17 sierpnia 2010

powroty


dużo we mnie po urlopie. napiszę, z czasem na pewno.
kolega mi dziś pokazał filmik nagrany komórką, w roli głównej jakiś stwór bliżej niezidentyfikowany, najprawdopodobniej będący gąsienicą jakąś. no boskie to było, zielone takie. najbardziej mnie rozwalił sposób przemieszczania się tego czegoś. zwijało się toto i rozplątywało, i szło sobie tak, jak sprężynką napędzane. spytałam kolegę, co się ze stworem stało, a on na to: jak to co? wypuściłem go. i za to go lubię :)

co byście zrobili, gdybyście chcieli wziąć prysznic, a na mokrym brodziku skrzydełkami do dołu leżałaby ćma?
ja wyjęłam ją na tekturkę i podmuchałam na jej skrzydełka a potem położyłam ją na parapecie za oknem. rano jej nie było, więc mam nadzieję, że nie zwiał jej wiatr, tylko odleciała o własnych siłach.

no tak już mam, że wszelkie żyjątka wzruszają mnie niemożebnie. oprócz rybików w łazience może... a Albertynka była na Mazurach :) dziś cała noc ją słyszałam, lata w swoim kołowrotku jak szalona, aż zaczął skrzypieć :) zrobiłam jej plac zabaw z kartonu i łazi po jego krawędzi, chyba mnie kocha, bo szuka mojego zapachu i tam, gdzie idę ja, tam idzie i ona. ja w prawo, Albertyna w prawo, ja zakręcam w lewo, ona za mną :) a dziś mi dwa razy spierniczyła i schowała się pod łóżkiem... bałam się, że nie wylezie i coś jej się stanie, ale jakoś udało mi się ją złapać...

a pierwszy dzień w pracy po urlopie jest straszny. a w urlopie najlepsze jest czekanie na niego. to taka refleksja na dziś. a w ogóle to zeżarłam już trzy nurofeny ultra forte fast czy jakieś inne świństwo a łeb jak bolał tak boli. już se nie radzę. nigdy w życiu nie miałam migren, a tu proszę. a propos migren- ostatnio przejrzałam jakieś swoje stare notatki i znalazłam taki oto ciąg skojarzeniowy:

świat--> globus--> ból głowy-->nad Niemnem--> Niemen-->dziwny jest ten... świat




poniedziałek, 26 lipca 2010

7 lat temu


Jej Mama przejrzała stare rzeczy, znalazła mnóstwo starych fotografii, na których jesteśmy razem. dała je mojej Mamie. a moja Mama wysłała je pocztą. do mnie. dotarły dziś.

7 lat temu pożegnałyśmy się na zawsze. w nasze imieniny, które zawsze spędzałyśmy razem.

przeglądam zdjęcia i uśmiecham się przez łzy. leżymy razem w wyrze na jakimś wakacyjnym wyjeździe. siedzimy w akademiku i wchodzimy w dorosłość z puszką piwa w ręku. obrona pracy licencjackiej. jakiś koncert. pamiętne zdjęcie, na którym jesteśmy Mundi, Pstrąg i ja. tylko jedna osoba z tego grona żyje...

młodość. śmierć. życie.

nigdy Cię nie zapomnę...

sobota, 17 lipca 2010

oczyszczenie?




deszcz.
wyszłam, by się nim nasycić. upić.
aby poczuć go w zakamarkach swego ciała.
oczyszczenie, ukojenie, ulga.
zmywa ból ostatnich dni.
na chwilę.

zagłębiam się w miękkość.
nie ma już cierpienia. nie ma fizyczności.
nie ma bólu egzystencjalnego.
bosa, brnąc przez kałuże
powoli wchodzę w ciemność
rozrywaną zygzakami błyskawic...

wtorek, 29 czerwca 2010

od dzisiaj nie ma jutra


potwierdziły się moje przypuszczenia. w "naszym" życiu jest ktoś jeszcze. ten wieczny kocioł miał swoje źródło. we mnie kipi. trzęsą mi się ręce. nie będę płakać.

jest teraz z nią. no i ten mecz, mecz to podstawa. nie może teraz wrócić do domu. są sprawy ważne i ważniejsze. mnie w nich nie ma w ogóle.

zdjęłam pierścionek zaręczynowy.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

popołudniową porą


znów śpię. bo muszę, mój organizm bezczelnie się tego domaga. a podświadomość bezwzględnie sprzedaje mi obrazki, nad którymi się potem długo zastanawiam... tym razem mam na sobie długi, czarny płaszcz i telefonicznie umawiam się na spotkanie z nieżyjącą przyjaciółką. zamiast na nią natykam się na mojego trzynastoletniego chrześniaka, który jest w wysokiej ciąży... budzi mnie burza.

nie poszłam dziś do pracy. pół nocy nie spałam, gardło boli mnie jak nigdy przedtem. no, może raz było podobnie, wtedy, kiedy rodzice na siłę zaciągnęli mnie do laryngologa, a ten zajrzawszy mi przez nos, stwierdził, że mam czerwone migdałki :)

chciałabym coś stworzyć. płaską kartkę papieru zmienić w trójwymiarową rzeczywistość. chodzi to za mną, plącze się pod nogami. ale czuję się jak dziecko, które chce ulepić świat od nowa, a nie ma plasteliny. mam ogólny zarys, konwencję, ale nic ponad to. chcę ożywić fikcyjnych bohaterów, pokierować ich losami, pobawić się w siłę, która o nich decyduje. i nie umiem.

a tak poza tym bardzo chcę zrobić serię zdjęć strachom na wróble. podczas ostatnich spacerów po ogródkach działkowych nie natknęłam się na żadnego. czy ktoś jeszcze robi strachy a wróble? 

niedziela, 6 czerwca 2010

bladym świtem




kolejny raz dzwoni budzik. włączam drzemkę. mija 10 minut i znów słyszę znienawidzony dźwięk.
leżę w ciemności i nie mogę się ruszyć. nagle przez moją głowę przepływa myśl:
wstań, bo TERAZ twoje życie składa się z szeregu następujących po sobie śmierci klinicznych...

otwieram oczy.

sobota, 5 czerwca 2010

tak sama nie wiem...


tak sobie tu zaglądam. naczytałam się znów murakamiego i tak mi jakoś w sobie. muszę się zaopatrzyć w nowy tom, ale to po wypłacie...

przyjaciółka, zwana w pewnych kręgach dzieciokiem, jest już na ostatnich nogach. w sensie, że brzucho jej urosło porządnie i całkiem niedługo coś się powinno z niego wykluć. byliśmy wczoraj na spacerze, poszliśmy na pole, poleżałam sobie w trawie i powdychałam zapach słońca. mało mi, wciąż mi mało... w pewnym momencie dzieciok mi komunikuje, że pan mąż, sprawca wyrośniętego brzucha, będzie musiał się oddalić służbowo do innego miasta i w razie, gdyby brzucho chciało się pomniejszyć i pozbyć swej zawartości, to ja mam brać urlop na żądanie, rzucać wszystko w cholerę i przyjeżdżać na polną, bo ona tam sama nie ma zamiaru tak...

aż mi się gęba uśmiechła. poczułam się zaszczycona. nigdy jeszcze nie rodziłam, ani sama, ani z kimś. pani B. miała cesarskie cięcie i byłam gdzieś za drzwiami, ale to nie to samo...

Albertyna wlazła na swój kawałek drewna i obgryza kolbę miodowo-orzechową. hałasuje przy tym okrutnie, ale przynajmniej wiem, że nie jestem sama :) bo oprócz niej w domu pusto i ciemno, boję się, że mnie jakiś dusiołek znów nawiedzi :)

byłam na rozmowie o pracę. pani headhunterka w ogłoszeniu nie zawarła wszystkich istotnych informacji z zakresu obowiązków i wydawało się to fajne. osobiście mnie trochę uświadomiła, że jakieś analizy ekonomiczne, bilansy, raporty, marże, rentowności... a w cholerę jasną z czymś takim! niby ma moja kandydaturę podać dalej, ale jakoś nie jestem przekonana, że chciałabym to robić. robię to teraz w niewielkim zakresie i głowa ma wyrzuca w kosmos wszelkie informacje, które są zaszyfrowane w postaci rzędów cyferek. nie chcę się męczyć. nie umiem przerabiać świata na kod zero- jedynkowy, choć znam takie osoby i wydaje mi się, że mają łatwiej w życiu. ja postrzegam świat barwami, czuję kształty, słyszę zapachy, widzę dźwięki... żyję w świecie liter.

ostatnio wpadłam na to, że z moja aspołecznością i wstrętem do wyścigu szczurów, do struktur wszelakich, do wielkich firm i bycia trybikiem, najszczęśliwsza byłabym uprawiając jakiś wolny zawód. nęci mnie świat bohemy, ciągnie mnie do podziemia, chciałabym móc w dzień powłóczyć się po knajpach, oglądać promienie słońca przez zakurzone szyby baru, albo zejść do piwnicy i sączyć cuba libre zmieszane z nutami smooth jazzu... marzy mi się wydanie książki, taki złoty strzał, jak w przypadku pani od "zmierzchu", której cała historia o wampirach się rzekomo przyśniła. kobieta nigdy wcześniej nie miała nic wspólnego z pisarstwem, popełniła sagę, jest ustawiona do końca życia, nie musi pracować dla kogoś, robi to, co lubi... żyć, nie umierać.

a ja muszę się zwijać, bo jutro na 8. uśmiech numer pięć i kolejny weekend w pracy. pogoda się poprawiła, wszyscy normalni ludzie uciekają na łono, a ci mniej normalni latają po sklepach. i dla nich właśnie przepieprzam czas. i dzięki nim właśnie mam co jeść i za co kupować książki. o ironio!

dobranoc.