sobota, 18 września 2010

piątek


kończy mi się wino. czerwone, półwytrawne, mołdawskie. takie jak lubię.
jest piątek. mam wolny weekend. może odpocznę.
niby wszystko gra. ale czuję się, jakby ktoś przemocą wyrwał mi kawałek duszy, czy tego innego czegoś papierowego, co mam pod żebrami. i smutno mi jakoś, bo nawet gdybym znalazła oderwany fragment, to za nic nie umiałabym go dosztukować. mam zamiast duszy porwany, szary papier do pakowania prezentów. chciałabym być takim prezentem, z którego ktoś by się ucieszył. 

wtorek, 14 września 2010

nieznośna lekkość bytu


jakiś czas temu powaliło mnie opowiadanie H. Murakamiego "przypadkowy podróżny". jest w nim poruszony temat PRZYPADKÓW. opisane są dwa z nich, które, jak pisze autor,  "okazały się drobnymi, całkiem błahymi zdarzeniami, niemającymi szczególnego wpływu na moje życie. prawdopodobnie niemającymi."

coś podobnego przydarzyło mi się wczoraj.

po pracy byłam umówiona w banku. jak to trzynastego, zepsuł się tramwaj. wysiadałam z niego i kawałek musiałam przejść pieszo. padał deszcz, trampki całe w błocie. pomyślałam sobie, że chociaż trochę je wyczyszczę, zanim wejdę do tak poważnej instytucji ;) wyjęłam z torby chusteczki i nie chcąc robić tego na środku ulicy, weszłam w pierwszą lepszą bramę. w podwórku zobaczyłam szyld księgarni arsenał. wszelkie księgarnie działają na mnie hipnotycznie, więc oczywiście tam wdepnęłam. pewnym krokiem przebyłam pół długości księgarni, po czym coś kazało mi się zatrzymać, odwróciłam głowę i mój wzrok spoczął dokładnie na tytule, na który już od jakiegoś czasu się czaiłam.

i dziś w tym oto, wyczytuję takie słowa: "ale czy wydarzenie nie jest tym bardziej znaczące i wyjątkowe, im więcej potrzeba było przypadków, aby mogło nastąpić? tylko przypadek może wyglądać jak wysłannik losu. to, co jest nieuchronne, czego się spodziewamy, co powtarza się codziennie, jest nieme. tylko przypadek do nas przemawia. staramy się czytać w nim, jak Cyganki odczytują przyszłość z fusów na dnie filiżanki (...) nie konieczność, a przypadek ma w sobie czar."

i tym sposobem, zgłębiam temat zdrady w wydaniu Milana Kundery...

czwartek, 9 września 2010

wspomnienie


jesień. po raz kolejny pada to określenie. określenie na słońce grające z wiatrem w dwa ognie, na tęczę schowaną pośród kłębów chmur, na rozłożony parasol, mający chronić głowę przed tym nie-wiadomo-czym spadającym z nieba... najbardziej w jesieni lubię zeschnięte liście chrupiące pod nogami. kocham ten dźwięk :) i depczę je nieprzytomnie, zmieniając trajektorię lotu swego, aby je doścignąć i usłyszeć uwielbione chrupanie...

 a dziś mi się lata zachciało. miałam opisać urlop i się skończyłam. tyle myśli, tyle projektów w głowie. teraz znów czas ruszył galopem i na wszystko go brakuje. żałuję, że wtedy, gdy zwolnił na chwilę, nie miałam przy sobie kajetu i kawałka ołówka, by utrwalić, to, co mi się pomyślało. mam jedynie skrawki tego, z czego ma powstać ta moja książka, która pewnie nigdy nie zostanie napisana... zrobiło się zimno. kaloryfery jakby nieco letnie, co nie zmienia faktu, żem nabyła drogą kupna grzaniec galicyjski i utopiwszy w nim pijaną pomarańczę, przystąpiłam do pieczenia ciasta czekoladowego, które właśnie degustuję... mmmmm :)

a w głowie rozkwitły mi żagle i pies, który żebrał kucając (znów zapomniałam jego imię!!! lucek? ) oraz to, jak zostałam zamknięta w bosmanacie, noga moja alergią na słońce uraczona oraz, co za tym idzie, dupsko nafaszerowane akupunkturą ze sterydów, mojej mamy zalecenia urynoterapii, z których nie powiem, czy skorzystałam :p, rodzice na pokazie pościeli desperacko wierzący w cudowną wygraną, basen odbijający promienie słoneczne, konfitury śliwkowe gotowane u dziecioka w środku nocy, pierogi ręcznie lepione i kiszone po raz pierwszy samodzielnie ogórki... kawałek morza i spadające gwiazdy. powrót do domu w stanie świadomości sprowadzonym do bycia kartką papieru, w zależności od niezidentyfikowanych bliżej warunków, znajdującą w pozycji płaskiej lub zwiniętą w kulkę.


a te puchate zdjęcia sama robiłam :)


Albertyna znów zwiała z placu zabaw. idę interweniować :)

sobota, 28 sierpnia 2010

bezsenność w poznaniu


umysł ludzki jest jest niesamowity. nie jest prawdą, że nie można być w kilku miejscach jednocześnie. przynajmniej prawdą dosłowną. jestem tutaj fizycznie, ale chwilami odpływam gdzie indziej. w ciągu dnia, w wirze zdarzeń dopada mnie to nader często. jest to tak nieprzewidywalne... jestem w pracy i nagle PSTRYK...jakaś drobnostka kojarzy mi się z przeszłością i jakiś poryw powietrza nie z tego świata przenosi mnie TAM i WTEDY... dźwięki, zapachy, słowa, światło, deszcz... ale czasem nawet bez tak wyraźnych stymulatorów znajduję się w miejscach, które pozornie nie mają dla mnie znaczenia, o których nie pamiętam na co dzień... i będąc tutaj, jestem jednocześnie tam... uciekam tam sama lub bywam bez udziału świadomości porywana. wierzę, że istnieje świat równoległy, alternatywna rzeczywistość. a co ze snami? leżąc w łóżku jestem jednocześnie na tyłach podwórza należącego do starych kamienic i przyglądam się fontannie z rzeźbą anioła, któremu w związku z awarią woda tryska spod pach... a propos wody i snu: może bezsenność minie, gdy woda popłynie z głośników...


czwartek, 26 sierpnia 2010

popołudnie w kolorze blueberry


idzie jesień. czuć jej zapach w powietrzu, widać jej ślady na niebie. korzystając z wolnego dnia szwendałam się dziś po rynku z aparatem chcąc upolować ulotne chwile. pogoda nie sprzyjała. deszczało. schroniłam się w knajpie, do której mam sentyment i przy wywarze z jagód, zatopiona w fotel, chwytałam skrawki rozmów toczonych na dole i wczytywałam się w książkę o dziełach gaudiego. kiedyś pojadę do barcelony. wiem to na pewno. samotne popołudnie bywa czasem bardzo przyjemne...




czwartek, 19 sierpnia 2010

wernisaż...




gdzieś na usteckiej plaży porzuciłam swe trampiszony i zapomniałam o nich zaaferowana okolicznościami przyrody. po jakimś czasie mi się na nie spojrzało i wzruszyłam się rzewnie. bo takie kochane one :) mam jakieś takie podejście sentymentalne do niektórych swoich rzeczy.

kiedyś zrobiłam czystki w swojej garderobie i powyrzucałam ciuchy, w których już nie chodzę. poskładałam je, włożyłam  do toreb i wyniosłam na śmietnik. po jakimś czasie idę do sklepu, mijam śmietnik, patrzę a moje rzeczy elegancko porozwieszane na kontenerach... strasznie dziwne wrażenie. nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś sobie jeszcze skorzystał z tego, co mi nie potrzebne, ale taka wystawka mnie zamurowała. poczułam się, jakbym z boku patrzyła na jakiś wycinek swojego życia, jakby ktoś kawałek mnie wystawił na widok publiczny, jakbym była na wernisażu przedstawiającym fragment mojego świata. nie umiem tego wytłumaczyć, sama nie wiem, skąd się to wzięło. dziwne, dziwne uczucie.

wtorek, 17 sierpnia 2010

powroty


dużo we mnie po urlopie. napiszę, z czasem na pewno.
kolega mi dziś pokazał filmik nagrany komórką, w roli głównej jakiś stwór bliżej niezidentyfikowany, najprawdopodobniej będący gąsienicą jakąś. no boskie to było, zielone takie. najbardziej mnie rozwalił sposób przemieszczania się tego czegoś. zwijało się toto i rozplątywało, i szło sobie tak, jak sprężynką napędzane. spytałam kolegę, co się ze stworem stało, a on na to: jak to co? wypuściłem go. i za to go lubię :)

co byście zrobili, gdybyście chcieli wziąć prysznic, a na mokrym brodziku skrzydełkami do dołu leżałaby ćma?
ja wyjęłam ją na tekturkę i podmuchałam na jej skrzydełka a potem położyłam ją na parapecie za oknem. rano jej nie było, więc mam nadzieję, że nie zwiał jej wiatr, tylko odleciała o własnych siłach.

no tak już mam, że wszelkie żyjątka wzruszają mnie niemożebnie. oprócz rybików w łazience może... a Albertynka była na Mazurach :) dziś cała noc ją słyszałam, lata w swoim kołowrotku jak szalona, aż zaczął skrzypieć :) zrobiłam jej plac zabaw z kartonu i łazi po jego krawędzi, chyba mnie kocha, bo szuka mojego zapachu i tam, gdzie idę ja, tam idzie i ona. ja w prawo, Albertyna w prawo, ja zakręcam w lewo, ona za mną :) a dziś mi dwa razy spierniczyła i schowała się pod łóżkiem... bałam się, że nie wylezie i coś jej się stanie, ale jakoś udało mi się ją złapać...

a pierwszy dzień w pracy po urlopie jest straszny. a w urlopie najlepsze jest czekanie na niego. to taka refleksja na dziś. a w ogóle to zeżarłam już trzy nurofeny ultra forte fast czy jakieś inne świństwo a łeb jak bolał tak boli. już se nie radzę. nigdy w życiu nie miałam migren, a tu proszę. a propos migren- ostatnio przejrzałam jakieś swoje stare notatki i znalazłam taki oto ciąg skojarzeniowy:

świat--> globus--> ból głowy-->nad Niemnem--> Niemen-->dziwny jest ten... świat