czwartek, 13 stycznia 2011

sznurowadła

***
...ja to się pierwszy raz zakochałam, jak byłam w przedszkolu. on był w ósmej klasie podstawówki i bujał mnie na huśtawce. kiedyś złapałam mamę za rękę i powiedziałam: "mamo, to ten!". a jednego razu to mnie tak wysoko bujał, że spadłam z tej huśtawki. i pogubiłam buciki. i pobrudziłam rajstopki. a białe były. i właśnie wtedy chyba się odkochałam...

***

u nas jest taki ksiądz. i kiedyś był u niego u spowiedzi facet, co to zdradzał  żonę. i mówi temu księdzu, że mu głupio i on już tak nie chce dłużej i co on ma zrobić? powiedzieć tej żonie? a ksiądz mu na to:" w życiu! pan masz rodzinę, dzieci! chcesz pan to wszystko stracić?! żona pana pogoni, kłócić się będziecie... kucnąć na obcej babie to nie grzech! gorzej jakbyś z bliźnim w niezgodzie żył!"

***

a ja, jak będę w twoim wieku, to bym chciała być taka jak ty! ...

***

tym tekstem magdalena ujęła mnie za serce schowane głęboko w piersi cherlawej... w nieświadomości swej to wyrzekła, nie życzę nikomu być takim, jak ja... 

a ja dalej grzebię i rozgrzebuję, odrywam strupy, rozgniatam i rozmazuję krew. jakieś pierwotne instynkty. jak... kiedy to było? siedem lat temu? osiem? i sama nie wierzę, że się to wszystko wydarzyć mogło. kajety drobnym druczkiem zapisane. znalazłam listy. te otrzymane. i te nigdy- nie- wysłane. schizoidalna psychodegrengolada, heh... nawet tam nie zaglądam. fantomy moje. kiedyś to było moje życie. skrawek mnie, jakiś naskórek może? kim byłam wtedy? kim jestem teraz? jestem jeszcze...?

przecież czterysta razy to w sobie pogrzebałam. i tamto też. zostało jeszcze tylko to i będzie git :) kurwa, ile jeszcze tych pogrzebów do wesela...?

jest takie ładne opowiadanie Stachury: "pokocham ją siłą woli". ładne i smutne. ale to Stachura, to jakie niby miało by być? :)





 i jeszcze to. boże, chroń królową... :)


CZEKAM. CIERPLIWIE CZEKAM.
JESTEM CICHA JAK KIELICH.
PRZYJDŹ I WYPEŁNIJ MNIE DŹWIĘKIEM...

niedziela, 9 stycznia 2011

...i tyle.


tylko albo aż.


pamięć w obrazach zaklęta


dziś nie będzie zbyt wielu słów. będą obrazy. odkopane, odkurzone, z sentymentem pogładzone palcami... jakość ich nie najlepsza. raz- czas. dwa- eksperymentalny okres zenitowy. trzy- próba przełożenia tego, co analogowe na kod zero-jedynkowy. ale to dobrze. kocham je takimi, jakie są. prześwietlone, niewyraźne, niedoskonałe. moje. początki poznania. świat odbudowywany na nowo po tym, jak się po raz pierwszy solidnie zawalił.

mitoraj wyzwolony na starym, zanim wciśnięto go w sztywne ramy królestwa szczęścia i ułudy zbudowanego z czerwonej cegły. jeden z wielu, a jednocześnie jedyny w swoim rodzaju wschód słońca, na tle konfiguracji ptaków, która już nigdy się nie powtórzy. ukochane tory prowadzące w nieznane, złapane z teartalki. bałwan ulepiony spontanicznie z chłopcami o trzeciej w nocy w miejscu dziś wylanym betonem. zbita szyba, której historii nie jestem w stanie odtworzyć. bruk starego, który nasuwa mi na myśl jedynie cytat z pana, który swego czasu go zamiatał: "gołębie wydziobują okruchy dobrobytu, między krzesłem a podłogą wszystko po staremu"...







i tak sobie szukam recepty na odbudowanie świata po raz drugi. proces twórczy. to mi zawsze pomaga. może zacznę od lampki? daje takie zimne światło...

czwartek, 6 stycznia 2011

sześciu króli


kurczaczki. fajnie jest obudzić się obok drugiego człowieka. ostatnio rzadko mi się to zdarza. choć i tak częściej, niż bym przypuszczała :) zdarzyło się dziś. magdalena troszku wczoraj zaniemogła i zabrałam ją do siebie, coby sama po nocy nie latała. zresztą raczej nie była w stanie... miło jest mieć komu rano zrobić herbatę i śniadanie. fajnie jest mieć z kim przy tym śniadaniu pogadać... no bo ile można mówić do myszy? :) niedługo zacznę gadać sama do siebie, w myśl zasady, że od czasu do czasu trzeba porozmawiać z kimś inteligentnym... ;)

nasłuchałam się różnych magdalenowych opowieści, syndrom dnia następnego uniemożliwił mi jednak notowanie jej wynurzeń, coś tam jednak utknęło w pamięci... ale to może na kiedy indziej, bo dziś trochę nie ogarniam...

odprowadziłam magdalenę na przystanek. nie chciało mi się ubierać w soczewki, więc aby przejrzeć na oczy, wzięłam okulary. śnieg sypał. magdalena gadała. a ja weszłam w dziwny stan świadomości. percepcja w okularach jest zupełnie inna niż w soczewkach. ograniczone pole widzenia i zmienione parametry odległości. wszystko wydaje się być bliżej niż jest w rzeczywistości. wracałam bez magdaleny. śnieg sypał. szłam w milczeniu. miałam wrażenie, że moje nogi nie są moje. musiałam kilka razy sprawdzić, czy są na pewno przedłużeniem MOJEGO ciała. potrzebowałam mocniejszego kontaktu z nawierzchnią, więc szorowałam butami po chodniku. w przeciwnym razie miałam wrażenie, że płynę ponad nim i nie kontroluję sytuacji, że zaraz gdzieś odlecę i nie będę umiała powrócić.

śnieżny puszek osadził się na rozłożystych iglakach. zdmuchnęłam go trochę. tak mi było, że se go zdmuchnąć musiałam.

a teraz jest mi nijak. tyle miałam dziś zrobić. wciągnęło mnie łóżko. wolne dni nie są ostatnio moimi sprzymierzeńcami. fiksuję. zamykam się. czuję drżenie mojego wewnętrznego zwierzątka. słabnę. kończy się paliwo. udało mi się przetrwać prawie tydzień tak zwanego nowego roku w starym życiu. w pełni świadomie używam słowa "przetrwać". każdy dzień traktuję jako wyzwanie. przejście przezeń bez większego bólu z tyłu głowy jest sukcesem. każda okazja do śmiechu jest celebrowanym świętem. śmieję się dużo. wygłupiam się. zagaduję innych. a w środku wyję jak wilk do księżyca. tutaj mogę pozwolić sobie na chwilę szczerości z samą sobą. ten skrawek przestrzeni jest moim wentylem bezpieczeństwa. jedynym, jaki posiadam. może dzięki temu nie zwariuję do reszty. może.

dziś "sześciu króli", jak rzekła magdalena. urodziny Mundi. dziś skończyłaby tyle lat, ile ja mieć będę jeszcze przez parę miesięcy. zawsze się cieszyła, że przez ten krótki czas byłyśmy równolatkami.

środa, 5 stycznia 2011

magdalena powraca


nasz czujny pan ochraniacz przy pomocy koleżanki wyczaił dziś kobitę, co to chciała nabyć towar niekoniecznie drogą kupna... zawezwał był siły interwencyjne w postaci czterech rosłych policjantów (przy czym jeden z nich był rosły nadmiernie). magdalena bardzo się tym faktem przejęła, woła mnie na stronę i teatralnym szeptem rzecze:

- za mundurem panny sznurem! jesssu! tam na zapleczu są policjanci! wszyscy tacy przystojni i wysocy! jesssu! musisz iść i zobaczyć!

no skoro musiałam, to poszłam. obejrzałam ich sobie, pogadałam o sprawach technicznych ujęcia, po czym nie wytrzymałam i mówię im, że koleżanka bardzo jest wzruszona faktem, że ich tu tylu i że tacy piękni i w ogóle... a ten nadmiernie wysoki na to, że szkoda, że koleżanka sama tego ku nim nie wyartykułowała, bo z radością by jej oznajmił, że jest ich więcej, bo jeszcze dwóch zostało na dole... magdalena na tę wieść zwariowała...

a dowiedziałam się dziś od M. że magdalena któregoś razu nie była w stanie poskromić swej frustracji, jaka często bywa udziałem naszej niewdzięcznej pracy. był weekend, dzikie tłumy, straszne kolejki, ludzie tratujący wszystko, co napotykają na swej drodze, kupa szmat na podłodze i wszędzie indziej, gdzie nie do końca ich miejsce i ona jedna, usiłująca ogarnąć sytuację... nigdy jeszcze nie słyszałam, aby z ust magdaleny padły bardziej niecenzuralne słowa od jej słynnych "kurczaczków". M. mówi, że tego sławetnego dnia nie było jednak kurczaczków... magdalena w pewnej chwili osłabła w ferworze walki, złapała się rolki i wypuściła wraz z parą z uszu nieparlamentarne:
- kur... mać!!!
to musiał być epokowy moment :)

a wczoraj znalazłam rękawiczkę. po chwili skanowania dotarło do mnie, że należy ona do magdaleny, co więcej jestem w posiadaniu informacji na temat genezy powstania owej. otóż została wykonana przez babcię magdaleny, zapewne tę samą, która nie lubi odbierać telefonów. znalezisko to tym bardziej wydało mi się radosne, więc czem prędzej telefonicznie oznajmiłam posiadaczce, coby się nie martwiła, bo jej zguba jest w dobrych rękach, ale musi się wykazać i wymyślić jakiegoś fanta. i tym oto sposobem okazuje się, że jutro idziemy na piwo... jak znów będzie mi je piła przez dwie słomki, to się chyba rozpłaczę ze szczęścia :)

panie, jeżeli istniejesz, dziękuję Ci za magdalenę...


niedziela, 2 stycznia 2011

kostka rubika




się pozmieniało w pizdu :) patrzę na życie rok temu i teraz i bawię się w grę pod tytułem "porównaj dwa obrazki i znajdź pięć różnic między nimi"... znajduję ich dużo więcej. w zasadzie to już nie mam pewności, czy ja to aby na pewno ja? ktoś rozłożył sztalugi, rozciągnął na nich płótno i jednym machnięciem pędzla zamazał obraz sprzed roku. hmm, zdaje się, że byłam to nawet ja. w jakimś amoku pomalowałam wszystko na czarno. całkiem być tak mogło.

a ostatnio tylko utyskiwania i jojczenie. ja pierdolę, już nie mogę sama ze sobą wytrzymać :) jak taka zacięta pozytywka, w kółko ten sam strzęp melodii... niech mnie ktoś nakręci, czy cóś... albo w ogóle wyłączy... miałam już tak głupie myśli, żeby tak sobie wymacać przycisk OFF i go "nadusić", jak to się mówi w poznaniu... ale nie odważyłabym się. mimo, że chwilami coś odejmuje mi siły... w "psach..." znalazłam takie ładne sformułowanie: wyrakietować się z siebie :) to by była dopiero opcja :)

kurczaki. magdalena też mówi, że nie chce jej się żyć. karmiła mnie dziś bigosem swojej Mamy, a ja podrzuciłam jej jakieś słodkości... taka akcja pajacyk na małą skalę...

mam w głowie zamiast mózgu kostkę rubika, którą ktoś totalnie rozgrzebał. i pewnie znów byłam to ja. a nigdy nie byłam dobra w takich łamigłówkach. pewnie ułożenie jej zajmie mi resztę życia... i nie sądzę, żeby się w stu procentach udało. nie wierzę też, że pierwotnie była jednolita :) nie w tym wcieleniu ;)

sobota, 1 stycznia 2011


cały dzień w łóżku. wczoraj jednak wyszłam z domu, mimo braku chęci i obaw, że znów się komuś poryczę. pomogło. na chwilę, ale pomogło. jestem chyba nawet nie najgorszą aktorką. a może po prostu przez moment udało mi się nie myśleć?

nie wiem, jak długo tak jeszcze wytrzymam. myślałam, że jestem aspołeczna. ale chyba nie do końca. fakt, że traktuję znajomości bardzo wybiórczo i niewielu osobom pozwalam się do siebie zbliżyć. czasem marzyłam o takiej samotni, odseparowaniu się od wszystkich, pobyciu tylko ze sobą. nie umiem jednak żyć tylko dla siebie. nie znajduję motywacji do wstania z łóżka. dostaję na łeb. wszystkie sprawdzone sposoby walki z depresją przynoszą coraz mniejsze efekty. cokolwiek nie zrobię, będzie źle. nie wiem już, jak się ratować.

a dupa tam :) koniec marudzenia. szczęśliwego nowego roku :)

moje życzenie to wewnętrzny spokój.