czwartek, 6 stycznia 2011
sześciu króli
kurczaczki. fajnie jest obudzić się obok drugiego człowieka. ostatnio rzadko mi się to zdarza. choć i tak częściej, niż bym przypuszczała :) zdarzyło się dziś. magdalena troszku wczoraj zaniemogła i zabrałam ją do siebie, coby sama po nocy nie latała. zresztą raczej nie była w stanie... miło jest mieć komu rano zrobić herbatę i śniadanie. fajnie jest mieć z kim przy tym śniadaniu pogadać... no bo ile można mówić do myszy? :) niedługo zacznę gadać sama do siebie, w myśl zasady, że od czasu do czasu trzeba porozmawiać z kimś inteligentnym... ;)
nasłuchałam się różnych magdalenowych opowieści, syndrom dnia następnego uniemożliwił mi jednak notowanie jej wynurzeń, coś tam jednak utknęło w pamięci... ale to może na kiedy indziej, bo dziś trochę nie ogarniam...
odprowadziłam magdalenę na przystanek. nie chciało mi się ubierać w soczewki, więc aby przejrzeć na oczy, wzięłam okulary. śnieg sypał. magdalena gadała. a ja weszłam w dziwny stan świadomości. percepcja w okularach jest zupełnie inna niż w soczewkach. ograniczone pole widzenia i zmienione parametry odległości. wszystko wydaje się być bliżej niż jest w rzeczywistości. wracałam bez magdaleny. śnieg sypał. szłam w milczeniu. miałam wrażenie, że moje nogi nie są moje. musiałam kilka razy sprawdzić, czy są na pewno przedłużeniem MOJEGO ciała. potrzebowałam mocniejszego kontaktu z nawierzchnią, więc szorowałam butami po chodniku. w przeciwnym razie miałam wrażenie, że płynę ponad nim i nie kontroluję sytuacji, że zaraz gdzieś odlecę i nie będę umiała powrócić.
śnieżny puszek osadził się na rozłożystych iglakach. zdmuchnęłam go trochę. tak mi było, że se go zdmuchnąć musiałam.
a teraz jest mi nijak. tyle miałam dziś zrobić. wciągnęło mnie łóżko. wolne dni nie są ostatnio moimi sprzymierzeńcami. fiksuję. zamykam się. czuję drżenie mojego wewnętrznego zwierzątka. słabnę. kończy się paliwo. udało mi się przetrwać prawie tydzień tak zwanego nowego roku w starym życiu. w pełni świadomie używam słowa "przetrwać". każdy dzień traktuję jako wyzwanie. przejście przezeń bez większego bólu z tyłu głowy jest sukcesem. każda okazja do śmiechu jest celebrowanym świętem. śmieję się dużo. wygłupiam się. zagaduję innych. a w środku wyję jak wilk do księżyca. tutaj mogę pozwolić sobie na chwilę szczerości z samą sobą. ten skrawek przestrzeni jest moim wentylem bezpieczeństwa. jedynym, jaki posiadam. może dzięki temu nie zwariuję do reszty. może.
dziś "sześciu króli", jak rzekła magdalena. urodziny Mundi. dziś skończyłaby tyle lat, ile ja mieć będę jeszcze przez parę miesięcy. zawsze się cieszyła, że przez ten krótki czas byłyśmy równolatkami.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
więc sto lat,
a to co opisujesz i co ma związek z twoim ciałem, które jakoby było nieco inne niż to do którego przywykłaś, wydaje mi się, że na tą krótką chwilę zbliżyłaś się do swojego archetypowego ego. przez chwilę po prostu stałaś się sobą bez żadnego udawania, grania ról przed samą sobą (jakoś nie potrafię tego lepiej nazwać).
i wiesz co, to bardzo dobrze.
zapamiętaj ten stan, a w chwilach uniesienia wracaj do niego pamięcią, duchem, ciałem.
będzie dobrze kamyku, na bank!
a ja jestem ciekawy jak wyglądasz w okularach. Ale nie w tych goglach na motur :)
Prześlij komentarz