doskonale wiedziałam, że nie powinnam pić tej kawy, a wypiłam dwie! siedzę sobie teraz i mną teleppppie, windę mam w przewodzie pokarmowym, a przynajmniej w jego górnym odcinku oraz ręce na literki odpowiednie nie trafiają, bo dzikość jakaś je dopadła. a w głowie szum i uczucie wzbijania się i opadania. na statku znaczy jestem.
och och, tyle wrażeń a tylko dwie kawy!
ostatnio głupol ze mnie wyłazi. w pracy chodzę w bereciku z antenką i mówię wszystkim, że jestem marija z ruchu oporu i żeby słuchali uważnie, bo nie będę powtarzać. u dentysty domagam się znieczulenia do martwego zęba, terroryzuję panią doktor i w końcu otrzymuję to, co chcę wymyślając jej, że na pewno to placebo w postaci witaminy c lub innej wody utlenionej, czym dostarczam jej dużo radości i z nią razem umieram ze śmiechu siedząc na fotelu dentystycznym. albo wyprawiam się w las i cofając się jedyną istniejącą drogą trafiam w zupełnie inne miejsce niż to, z którego wyszłam...i wracam do domu kolejką maltańską wciskając swą (na szczęście!) chudą dupkę na małe dziecięce ławeczki, słuchając piszczenia maluchów wymachujących balonikami w kształcie zebry oraz pohukiwania kolejki. a na babskiej imprezie zdobywam ni z tego ni z owego adoratora, który prawie mógłby być moim synem...
i tak sobie myślę
że
mam na co czekać
mam o czym myśleć
mam za kim tęsknić
mam z czego się cieszyć
mam o czym marzyć
mam po co wstawać co rano
mam do kogo się przytulić
mam gdzie pojechać, kiedy chcę się wyrwać codzienności
mam co penetrować intelektualnie
mam dwie ręce i dwie nogi
mam do kogo zadzwonić
mam z kim pogadać
mam głupola w sobie :)
...jestem szczęśliwa :)
a teraz najlepsze: koniecznie przy włączonych głośnikach i nie zniechęcać się długością oraz z pozoru brakiem sensu. choć wstęp na swój sposób jest uroczy. przynajmniej trafia w moje poczucie humoru. no ale ja jestem głupol...
poniedziałek, 27 lipca 2009
wtorek, 21 lipca 2009
noc zadumana

przewrotne to trochę...nie chciałam dziś się obudzić...coś zjawiskowego zrodziło się w mej głowie. pomijając okoliczności hmmm... środek dnia, spacer za rękę z...(?! moja podświadomość dała mi niespodziewany prezent), patrzę w niebo, zachmurzone ciemnieje nagle i wyłania się księżyc, krótki błysk, widzę dwa księżyce, jeden w pełni, drugi przecięty dokładnie w połowie, trącam mojego towarzysza w ramię, żeby spojrzał, ale przedstawienie się kończy, chmury zasnuwają niebo... a po chwili apogeum niesamowitości: chmury znów się rozdzierają, środek wypełnia czyste niebo i widzimy tysiące małych księżyców, idealnie okrągłych, które zdają się spływać z firmamentu, jak lustrzane zajączki przechodzą przez promienie słońca, ich tęczowe odbicia osnuwają nas i ściany kamienicy, przy której stoimy... ciężko zawrzeć w słowach to, co widziałam, ale było to iście bajkowe...
a dziś rano odpalam google i w logo wyszukiwarki widzę...księżyc :) którego dokładnie 40 lat temu po raz pierwszy dotknęła ludzka stopa... :)
a z wcześniejszej fazy snu pamiętam kolejną fiksację na tematy "kiblowo-sedesowe"... i to już nie było takie przyjemne. po którymś śnie myślałam, że szczytem mej nieuświadomionej obsesji była kombinacja sedesu z windą, ale rondelek z rączką pobił wszystko... kto zna temat, wie, o co chodzi. więc krzyczę: POMOCY!!! jakiś psychoanalityk by musiał się mną zająć, czy cóś...
spowita nocnym pyłem księżycowym wracam do rzeczywistości...
sobota, 27 czerwca 2009
kobieta -ćma

mieszkała ze mną jedną noc. nie wiem, skąd się wzięła, nagle późnym wieczorem zaczęła walić skrzydłami o ekran włączonego telewizora. przez chwilę myślałam nawet, że to jakiś interaktywny program... gdy usiłowałam ją przegonić, przywarła do sufitu, biedna, wystraszona ćma, nie rozumiała, że chcę jej pomóc się uwolnić.
fascynują mnie te stworzenia. ich życiem i śmiercią jest światło...ono je przywołuje, za nim na oślep dążą, w nim płoną i giną... moje skojarzenia z ćmą: kobieta, która nie może zaznać spokoju, która wie, że się sparzy, ale nie przestaje wkładać rąk do ognia... byłam kiedyś taką ćmą zatraconą w chorej miłości. nie liczyło się nic, tylko to, aby jeszcze choć przez chwilę zanurzyć się w cieple destrukcyjnego płomienia, a potem niech kończy się świat... drugie skojarzenie: femme fatale, znów kobieta, tym razem zimna, metaforycznie ukazująca skrawek swych ud, tylko po to, aby go potem szczelnie ukryć, kusząca, zwodząca i porzucająca swe naiwne ofiary... taką kobietą też zdarzało mi się bywać...
poczucie bezpieczeństwa. stabilizacja. zaufanie. wartości, które bardzo cenię. osiągnięte mozolnym trudem i walką z samą sobą. a jednak czasem odradza się we mnie kobieta-ćma, która pragnie zrobić coś zakazanego i jeszcze raz poparzyć sobie skrzydła, która chce się zatracić i oddać się szaleństwu swemu...
gdy dziś wróciłam z pracy, w dalszym ciągu się błąkała po pokoju. usiadła na parapecie, jakby zamyślona, oglądała świat przez szybę. otworzyłam jej okno. nawet się nie pożegnała. mieszkała ze mną jedną noc...
wtorek, 2 czerwca 2009
01,06,09 kortowo

przez krótką chwilę,po raz pierwszy od bardzo dawna, wczoraj spotkałam się sama ze sobą... tam, gdzie przeszłość graniczy z przyszłością, każdą swą komórką poczułam teraźniejszość... miejsce generujące tyle wspomnień, deszcz i ja, na pomoście, stojąca na ławce, zapatrzona w toń jeziora, osnuta mgłą, przesiąknięta wodą z nieba płynącą... tyle obrazów, tyle uczuć, zapachów, melodii, smaków... przez tę krótką chwilę wszystkie radości i cierpienia zaklęte w pamięci tego miejsca, zlały się w jedno i oczyściły moją duszę... spłynęły w dół rwącym potokiem. słodki deszcz i słone łzy. łzy wzruszenia, ulgi, szczęścia... ON pozwolił mi zmoknąć i mókł razem ze mną, nie ingerując w to, co się we mnie dokonuje... wpuściłam GO do swojego świata i usłyszałam słowa, które są być może tymi na świecie najpiękniejszymi... na moim palcu lśni skrystalizowana miłość, a ja na nowo uczę się nie bać przyszłości...
sobota, 16 maja 2009
13 grudnia lat temu pięć ... z pamiętnika strzęp
taaa...dziś w nocy miałam zwierzątko. zwierzątko nazywało się gupik. jestem jak najbardziej świadoma faktu, że gupiki to rybki, ale mój osobisty gupik ni cholery rybką nie był. nie mam pojęcia zresztą, do jakiego gatunku mogłabym go zaliczyć. miał pazurki i kolce i siedział mi na prawym ramieniu, tak z tyłu bardziej, wczepiony w nie tymi pazurkami. szary jakiś taki był. i jechaliśmy pociągiem, na korytarzu, a te pociągi nasze są z natury brudne, to mu się brzuszek pobrudził, biedakowi :) i chciałam mu ten brzuszek umyć, zatargałam go do łazienki (w jakimś domu się nagle znalazłam) i gupik czerwony się zrobił i malutki taki. i ja go do łazienki do zlewu...i się bałam, że coś mu się stanie, że może pływać nie umie, czy coś...ale umiał, o dziwo! i lubił wodę, bo strumień prosto na niego leciał, a on takie fajne minki robił i się tak cieszył! i zlew się zapchał i on nurkować zaczął! a potem go wyjęłam i się zrobił zielony i taki miał zadowolony pyszczek...
dobra, już.
:)
czwartek, 14 maja 2009
z cyklu "z życia wzięte"
miejsce akcji: przymierzalnia w zarze
w rolach głównych: dwie dziewczyny mierzące ciuchy
- ja się nie mieszczę! musiałabym mieć rozmiar 36!
-podciągaj!
-no podciągam! ale w kroku mi nie sięgają! muszę mieć o rozmiar większe
-głupia jesteś, wejdziesz w nie!
-nie wejdę! a wiesz, co jest najgorsze? że to są te spodnie, które ostatnio miała na sobie ewa i tak fajnie w nich wyglądała!
-no co ty, to nie były te
-te, na pewno
-to musiała mieć większe! przecież ona jest mojej postury. a myślisz, że to są w ogóle spodnie dla nas?
-nie chcę tych spodni. przymierzę bluzkę.
-no pokaż się
-boże! czuję się w niej, jak bym zaraz miała zajść w ciążę!
-okropna jest, ściągaj!
-to ja już nie wiem, co mam kupić
-ja to mam wizję na tą koszulkę z tym paskiem
-a ja już nie mam żadnej wizji
-chodź tu ty moja wizjo!
wtorek, 21 kwietnia 2009
obok...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
