dubrovnik. mury miasta. powolna wspinaczka. walka z lękiem przestrzeni i wysokości. nogi z waty. wewnętrzny monolog: no wleziesz przecież, nic ci nie będzie, nie patrz w dól. patrz przed siebie. czerwień dachówek. panorama starej części miasta. w dole fontanna onufrego, pod którą siedzi uroczy dziadek rzępolący ciągle tę samą melodię na trudno-powiedzieć- czym, przytupujący w deskę do taktu. adriatyk zaciekle rozbijający się o skały. w tle wyspa locrum. koty, mnóstwo kotów. spokój. i okna. okna, które uwielbiam. okna, w które mogę się bezkarnie wgapiać. jestem na wysokości domostw, niektóre z nich dzieli ode mnie tylko parę metrów. podglądam. podziwiam. patrzę. zaglądam. eksploruję. ciekawość to, czy zaciekawienie? nic nie poradzę, nie chcę poradzić. kocham zaglądać ludziom w okna. wynajdować dziwactwa i obserwować zwyczajność. łapać ich życie, przystanąć na chwilę i oddychać kurzem z ich przestrzeni. przez chwilę stać się kimś innym...
chciałabym teraz wtulić się w psią sierść, podrapać jej właściciela za uchem i wyryczeć mu się w ciepły kark. trudny tydzień. emocjonalnie roztrzaskana po wizycie w domu, bardziej niż zwykle jeszcze... jakie to zresztą ma znaczenie, znów widzę wyraźnie, że wszystko jest kwestią świadomości, ponieważ stan rzeczy jest, trwa niezależnie od nas, a wpływa na nasze życie dopiero w momencie, w którym o tym stanie rzeczy się dowiadujemy. a do mojej świadomości napływa ostatnio za dużo danych... muszę sobie połatać i wyprasować potarmoszoną duszę. po całym wachlarzu emocji pozostał już we mnie tylko taki zwykły, ludzki smutek.
wczoraj był dzień miłych zaskoczeń. w śmiesznej cenie kupiłam buty, na które czaiłam się całe lato. poszłam w końcu do lekarza z nogą i trafiłam na bardzo fajną lekarkę. u fryzjera w ramach "usługi" dostałam cudny dwudziestominutowy masaż głowy i nowe włoski. tylko wieczór okazał się być mniej miły. ale kto wie, może miało tak być, żebym coś zobaczyła, zanim będzie za późno... tylko boli, zawsze boli najbardziej, kiedy ból zadaje osoba, której zaufaliśmy...
a żeby było śmiesznie dziś nadziałam się na pana, który na środku chodnika, tuż obok torów tramwajowych robił sobie dobrze... jak dotarło do mnie, co widzę, moje nogi natentychmiast zrobiły w tył zwrot, nawet nie pytając mnie o zdanie. ciekawe, czy doszedł? :)
znów mi coś w mieszkaniu puka. już się chyba nawet nie boję. dziś jest mi wszystko jedno. jestem cieniem.
coś dziwnego dzieje się w tym mieszkaniu. już od jakiegoś czasu. było kilka takich sytuacji, kiedy miałam ciarki na plecach. raz wróciliśmy z jakiegoś wypadu i zastaliśmy w pokoju zapalone światło. byłam święcie przekonana, że je wyłączałam. innym razem bardzo wczesnym rankiem suszyłam włosy w łazience. przewód był mocno wetknięty w gniazdko i nagle po prostu z niego wyskoczył, tak jakby ktoś pociągnął za kabel. myślałam, że zejdę na serce. cały poprzedni weekend ktoś spędził ze mną, mimo że byłam w mieszkaniu sama. nieustannie miałam wrażenie, że ktoś jest obok, chodzi po pokojach, czułam czyjąś cichą obecność. dziś w nocy obudził mnie stuk, jakby coś spadło. rano znalazłam na stoliku książkę, która wcześniej znajdowała się na półce powyżej. M., jak to mężczyzna, racjonalizuje te wszystkie sytuacje. światła na pewno nie wyłączyłam, bo mam posuniętą sklerozę, kabel od suszarki wypadł, bo był nie do końca włożony i pod wpływem ciepła coś tam zaskoczyło, a że w nocy coś spadło, to nam się wydawało...ja jednak nie jestem do końca przekonana. może faktycznie nadinterpretuję te oznaki czyjejś obecności, a moja romantyczna natura każe mi wierzyć w siły nadprzyrodzone? wyobraźnia rusza szalonym galopem, układa historię o człowieku niegdyś zamordowanym na terenie byłych ogródków działkowych, które potem przekształciły się w osiedle mieszkalne. tajemnica jego śmierci nie została wyjaśniona , a on szuka sprawiedliwości i spokoju... ech :)
to mieszka z nami ktoś jeszcze czy nie? margo, może ty wyczułaś tu jakąś obcą energię? :)
doskonale wiedziałam, że nie powinnam pić tej kawy, a wypiłam dwie! siedzę sobie teraz i mną teleppppie, windę mam w przewodzie pokarmowym, a przynajmniej w jego górnym odcinku oraz ręce na literki odpowiednie nie trafiają, bo dzikość jakaś je dopadła. a w głowie szum i uczucie wzbijania się i opadania. na statku znaczy jestem.
och och, tyle wrażeń a tylko dwie kawy!
ostatnio głupol ze mnie wyłazi. w pracy chodzę w bereciku z antenką i mówię wszystkim, że jestem marija z ruchu oporu i żeby słuchali uważnie, bo nie będę powtarzać. u dentysty domagam się znieczulenia do martwego zęba, terroryzuję panią doktor i w końcu otrzymuję to, co chcę wymyślając jej, że na pewno to placebo w postaci witaminy c lub innej wody utlenionej, czym dostarczam jej dużo radości i z nią razem umieram ze śmiechu siedząc na fotelu dentystycznym. albo wyprawiam się w las i cofając się jedyną istniejącą drogą trafiam w zupełnie inne miejsce niż to, z którego wyszłam...i wracam do domu kolejką maltańską wciskając swą (na szczęście!) chudą dupkę na małe dziecięce ławeczki, słuchając piszczenia maluchów wymachujących balonikami w kształcie zebry oraz pohukiwania kolejki. a na babskiej imprezie zdobywam ni z tego ni z owego adoratora, który prawie mógłby być moim synem...
i tak sobie myślę
że
mam na co czekać mam o czym myśleć mam za kim tęsknić mam z czego się cieszyć mam o czym marzyć mam po co wstawać co rano mam do kogo się przytulić mam gdzie pojechać, kiedy chcę się wyrwać codzienności mam co penetrować intelektualnie mam dwie ręce i dwie nogi mam do kogo zadzwonić mam z kim pogadać mam głupola w sobie :)
...jestem szczęśliwa :)
a teraz najlepsze: koniecznie przy włączonych głośnikach i nie zniechęcać się długością oraz z pozoru brakiem sensu. choć wstęp na swój sposób jest uroczy. przynajmniej trafia w moje poczucie humoru. no ale ja jestem głupol...
przewrotne to trochę...nie chciałam dziś się obudzić...coś zjawiskowego zrodziło się w mej głowie. pomijając okoliczności hmmm... środek dnia, spacer za rękę z...(?! moja podświadomość dała mi niespodziewany prezent), patrzę w niebo, zachmurzone ciemnieje nagle i wyłania się księżyc, krótki błysk, widzę dwa księżyce, jeden w pełni, drugi przecięty dokładnie w połowie, trącam mojego towarzysza w ramię, żeby spojrzał, ale przedstawienie się kończy, chmury zasnuwają niebo... a po chwili apogeum niesamowitości: chmury znów się rozdzierają, środek wypełnia czyste niebo i widzimy tysiące małych księżyców, idealnie okrągłych, które zdają się spływać z firmamentu, jak lustrzane zajączki przechodzą przez promienie słońca, ich tęczowe odbicia osnuwają nas i ściany kamienicy, przy której stoimy... ciężko zawrzeć w słowach to, co widziałam, ale było to iście bajkowe...
a dziś rano odpalam google i w logo wyszukiwarki widzę...księżyc :) którego dokładnie 40 lat temu po raz pierwszy dotknęła ludzka stopa... :)
a z wcześniejszej fazy snu pamiętam kolejną fiksację na tematy "kiblowo-sedesowe"... i to już nie było takie przyjemne. po którymś śnie myślałam, że szczytem mej nieuświadomionej obsesji była kombinacja sedesu z windą, ale rondelek z rączką pobił wszystko... kto zna temat, wie, o co chodzi. więc krzyczę: POMOCY!!! jakiś psychoanalityk by musiał się mną zająć, czy cóś...
spowita nocnym pyłem księżycowym wracam do rzeczywistości...
mieszkała ze mną jedną noc. nie wiem, skąd się wzięła, nagle późnym wieczorem zaczęła walić skrzydłami o ekran włączonego telewizora. przez chwilę myślałam nawet, że to jakiś interaktywny program... gdy usiłowałam ją przegonić, przywarła do sufitu, biedna, wystraszona ćma, nie rozumiała, że chcę jej pomóc się uwolnić.
fascynują mnie te stworzenia. ich życiem i śmiercią jest światło...ono je przywołuje, za nim na oślep dążą, w nim płoną i giną... moje skojarzenia z ćmą: kobieta, która nie może zaznać spokoju, która wie, że się sparzy, ale nie przestaje wkładać rąk do ognia... byłam kiedyś taką ćmą zatraconą w chorej miłości. nie liczyło się nic, tylko to, aby jeszcze choć przez chwilę zanurzyć się w cieple destrukcyjnego płomienia, a potem niech kończy się świat... drugie skojarzenie: femme fatale, znów kobieta, tym razem zimna, metaforycznie ukazująca skrawek swych ud, tylko po to, aby go potem szczelnie ukryć, kusząca, zwodząca i porzucająca swe naiwne ofiary... taką kobietą też zdarzało mi się bywać...
poczucie bezpieczeństwa. stabilizacja. zaufanie. wartości, które bardzo cenię. osiągnięte mozolnym trudem i walką z samą sobą. a jednak czasem odradza się we mnie kobieta-ćma, która pragnie zrobić coś zakazanego i jeszcze raz poparzyć sobie skrzydła, która chce się zatracić i oddać się szaleństwu swemu...
gdy dziś wróciłam z pracy, w dalszym ciągu się błąkała po pokoju. usiadła na parapecie, jakby zamyślona, oglądała świat przez szybę. otworzyłam jej okno. nawet się nie pożegnała. mieszkała ze mną jedną noc...
przez krótką chwilę,po raz pierwszy od bardzo dawna, wczoraj spotkałam się sama ze sobą... tam, gdzie przeszłość graniczy z przyszłością, każdą swą komórką poczułam teraźniejszość... miejsce generujące tyle wspomnień, deszcz i ja, na pomoście, stojąca na ławce, zapatrzona w toń jeziora, osnuta mgłą, przesiąknięta wodą z nieba płynącą... tyle obrazów, tyle uczuć, zapachów, melodii, smaków... przez tę krótką chwilę wszystkie radości i cierpienia zaklęte w pamięci tego miejsca, zlały się w jedno i oczyściły moją duszę... spłynęły w dół rwącym potokiem. słodki deszcz i słone łzy. łzy wzruszenia, ulgi, szczęścia... ON pozwolił mi zmoknąć i mókł razem ze mną, nie ingerując w to, co się we mnie dokonuje... wpuściłam GO do swojego świata i usłyszałam słowa, które są być może tymi na świecie najpiękniejszymi... na moim palcu lśni skrystalizowana miłość, a ja na nowo uczę się nie bać przyszłości...