sobota, 30 lipca 2011
myślałam...
...że jak tu sobie przycupnę i wyleję emocje razem z wodą z nosa, to coś pomoże. ale nawet nie wiem, co mam napisać. takie banały, że nie przypuszczałabym nigdy, że mały stworek może dać tyle radości? że pokochałam to małe, włochate zwierzątko? że było ze mną, kiedy było mi naprawdę bardzo źle i że być może dzięki niemu nie zwariowałam mroźną, samotną, zimową porą? że był czas, że tylko dla niej zwlekałam się z łóżka? że tylko ona trzymała mnie do kupy, bo wiedziałam, że nie miałby się kto nią zaopiekować, gdybym przestała chcieć ...?
maleńka moja.
tak tu pusto.
piątek, 15 lipca 2011
piątek piętnastego
a najśmieszniejsze jest to, że wcale mi nie przechodzi :)
dawno nie było mi tak dobrze.
50 tequilli
30 likieru pomarańczowego
20 soku z cytryny
wymieszać w shakerze, uzupełnić sprite'm
takie bezeceństwa w biały dzień! zdemontowaliśmy meble z wystawki i ukradliśmy dwa wąskie acz duże lustra.
najbardziej ucieszył się z nich Sajmon. bawił się ze swoim odbiciem i dawał sobie buzi. uwieczniłam ten moment.
będę malować. już mam wizję. i bardzo się cieszę, tak ogólnożyciowo.
nawet mnie teraz bawi to, że jechałam dziś ponad godzinę do pracy. bo rozkopy i remonty. i tramwaj nr 17 od któregoś momentu na trasie zmienia się w tramwaj nr 1. zakleja se tą siódemkę plastrem i starą gazetą, czy jak?
i mam olbrzymią ochotę raz jeszcze stać się szafą pełną brudnych okularów. pamiętam moment, w którym do niej weszłam i zatraciłam się na amen.
23. 26
idę do łóżka :)
sobota, 9 lipca 2011
:)
co ja tu robię o prawie drugiej w nocy? słucham francuskiej piosenki (o żurze), drapię się po prawym łokciu, zastanawiam się, co tym razem zżera Sajmon i myślę o plackach ziemniaczanych. udało mi się jakimś cudem zdjąć z palca drewniany pierścionek. ewidentnie pachniał mi plackami. czem prędzej założyłam go z powrotem, co by nie został skonsumowany. niezdrowo bowiem (tak się mnie przynajmniej wydaje) jest pożerać drewno w środku nocy. być może, że bardziej cywilizowana pora bardziej służyłaby wyżej wspomnianemu procederowi.
o. jakaś muszka tu lata. albo łazi.w dół głównie podąża.
w zasadzie to ja jednakowoż może udam się na spoczynek. miałam jeszcze usmażyć kotlety, ale nie będę już zakłócać ciszy nocnej.
cieszę się, że to wino już się skończyło. idę do łóżka. i już na samą myśl o tym się uśmiecham.
dobrze jest być szczęśliwą :)
o. jakaś muszka tu lata. albo łazi.w dół głównie podąża.
w zasadzie to ja jednakowoż może udam się na spoczynek. miałam jeszcze usmażyć kotlety, ale nie będę już zakłócać ciszy nocnej.
cieszę się, że to wino już się skończyło. idę do łóżka. i już na samą myśl o tym się uśmiecham.
dobrze jest być szczęśliwą :)
niedziela, 3 lipca 2011
po
uwielbiam patrzeć na horyzont, poruszany twoim oddechem, z poszarpaną trawą morską linią brzegową ramienia, rysujący się na tle jaskrawego okna...
sobota, 2 lipca 2011
bydgoskie retrospekcje
a propos ostatniego wpisu i okoliczności przyrody, w których powstała pierwotna wersja Projekttora, przypomniał mi się pobyt w Bydgoszczy, do której jakiś czas temu pojechałam służbowo.
z reguły nie cierpię wyjeżdżać. kocham podróże, ale nie te związane z pracą, rozłąką z bliskimi, niechcianą i przymusową integracją z zupełnie obcymi osobami.
jest jednak jeden aspekt takich podróży, z którego czerpię wielką radość: kocham być w nieznanym mieście i zgłębiać jego, często na pierwszy rzut oka niewidoczne, uroki.
uwielbiam snuć się po uliczkach, w których zwykle nie błąkają turyści, zaglądać do podwórkowych bram, chodzić po starych, mrocznych kamienicach, chłonąć atmosferę nowych miejsc.
zatapiam się wtedy w innym wymiarze, czas zwalnia swój puls, a ja na chwilę wchodzę do innego świata, słucham skrzypienia drewnianych schodów pod stopami, odgłosów ulicy, łapię na twarz rozleniwione słońce.
zatracam się w błądzeniu. lubię się zgubić w obcym mieście i nie wiedzieć, gdzie jestem. lubię odkrywać dziwne miejsca, na które prawdopodobnie ich codzienni bywalcy nie zwracają uwagi.
podziwiam architekturę.
patrzę na rzeczywistość przez zupełnie inne filtry.
odnajduję starą, zamkniętą w metalowej klatce windę...
...z wielkim lustrem i witrażami,
która zabiera mnie w magiczną podróż przez kolejne poziomy bez poczucia realności.
trafiam na most, na którym nowożeńcy zakładają kłódki na znak wiecznej miłości.
zachwycam się pięknem starego młyna, który stoi opuszczony i bardzo żałuję, że nie mam możliwości wniknięcia wewnątrz i spenetrowania jego mrocznych zakamarków...
w każdym mieście, nawet powszechnie uznawanym za brzydkie, można odnaleźć coś cudownego. wystarczy dobrze popatrzeć...
czwartek, 30 czerwca 2011
anatom przedstawia
wracałam z delegacji. za oknem przewalało się coś szalonego, podobnego z lekka do tornada. położyłam się na ławce w pociągu i z lubością obserwowałam to, co uwielbiam: tańczące na wysokości wzroku druty. postanowiłam je uwiecznić, ale niestety sprzęt zakończył swoją doraźną żywotność i się wyłączył. coś jednak udało się zarejestrować. reszta to czysta abstrakcja. fajnie jest tworzyć coś razem :)
ps. a zaraz po tym, jak wysiadł sprzęt, dosiadł się do mnie niejaki Jarosław z Wilna, masażysta, który koniecznie chciał złożyć swe ręce, które leczą w różnych rejonach mojego ciała celem jego relaksacji. następnie wymyślił sobie, że będę jego przewodnikiem po poznaniu, z racji tego, że ma parę godzin do przesiadki na następny pociąg. potem usilnie acz bezskutecznie częstował mnie na wpół rozpuszczonymi czekoladkami (z nadzieniem alkoholowo-wiśniowym). nie pobiłam go tylko dlatego, że mamusia mnie zbyt dobrze wychowała. natomiast gdyby wzrok mógł zabijać Jarosław już dawno leżałby martwy.
...a spojrzenie musiałam mieć srogie, sądząc po popłochu na twarzy Tego, Który Czekał. na jego widok przeszło mi natentychmiast, a różowy gerber nieśmiało trzymany przezeń w dłoni całkowicie mnie spacyfikował.
środa, 29 czerwca 2011
chmiel & magnolia
siedzę w wannie i sączę piwo. spieniony płyn spływa mi po brodzie, szyi i piersiach aż do pępka. pławię się w nim. rozleniwione zmysły bezwolnie wyłapują zapach magnolii. łydki obmywa ciepła woda. kontempluję plamkę pieprzyka nad kolanem.
z zamyślenia wyrywa mnie widok drugiego szkła z piwem. poziom wody w wannie nieznacznie się podnosi i robi się ciaśniej. czuję znajomą miękkość pośladków pod stopami. delikatne palce gładzą moje plecy. ogarnia mnie błogość.
zaczynam zmieniać się w modliszkę, jednak tym, co mam ochotę odgryźć, bynajmniej nie jest głowa…
cała zanurzam się w wodzie. postanawiam pomalować paznokcie.
może na czerwono…?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


