wtorek, 4 sierpnia 2009

dziki lokator?



coś dziwnego dzieje się w tym mieszkaniu. już od jakiegoś czasu. było kilka takich sytuacji, kiedy miałam ciarki na plecach. raz wróciliśmy z jakiegoś wypadu i zastaliśmy w pokoju zapalone światło. byłam święcie przekonana, że je wyłączałam. innym razem bardzo wczesnym rankiem suszyłam włosy w łazience. przewód był mocno wetknięty w gniazdko i nagle po prostu z niego wyskoczył, tak jakby ktoś pociągnął za kabel. myślałam, że zejdę na serce. cały poprzedni weekend ktoś spędził ze mną, mimo że byłam w mieszkaniu sama. nieustannie miałam wrażenie, że ktoś jest obok, chodzi po pokojach, czułam czyjąś cichą obecność. dziś w nocy obudził mnie stuk, jakby coś spadło. rano znalazłam na stoliku książkę, która wcześniej znajdowała się na półce powyżej. M., jak to mężczyzna, racjonalizuje te wszystkie sytuacje. światła na pewno nie wyłączyłam, bo mam posuniętą sklerozę, kabel od suszarki wypadł, bo był nie do końca włożony i pod wpływem ciepła coś tam zaskoczyło, a że w nocy coś spadło, to nam się wydawało...ja jednak nie jestem do końca przekonana. może faktycznie nadinterpretuję te oznaki czyjejś obecności, a moja romantyczna natura każe mi wierzyć w siły nadprzyrodzone? wyobraźnia rusza szalonym galopem, układa historię o człowieku niegdyś zamordowanym na terenie byłych ogródków działkowych, które potem przekształciły się w osiedle mieszkalne. tajemnica jego śmierci nie została wyjaśniona , a on szuka sprawiedliwości i spokoju... ech :)



to mieszka z nami ktoś jeszcze czy nie? margo, może ty wyczułaś tu jakąś obcą energię? :)

poniedziałek, 27 lipca 2009

głupola mam w sobie

doskonale wiedziałam, że nie powinnam pić tej kawy, a wypiłam dwie! siedzę sobie teraz i mną teleppppie, windę mam w przewodzie pokarmowym, a przynajmniej w jego górnym odcinku oraz ręce na literki odpowiednie nie trafiają, bo dzikość jakaś je dopadła. a w głowie szum i uczucie wzbijania się i opadania. na statku znaczy jestem.

och och, tyle wrażeń a tylko dwie kawy!

ostatnio głupol ze mnie wyłazi. w pracy chodzę w bereciku z antenką i mówię wszystkim, że jestem marija z ruchu oporu i żeby słuchali uważnie, bo nie będę powtarzać. u dentysty domagam się znieczulenia do martwego zęba, terroryzuję panią doktor i w końcu otrzymuję to, co chcę wymyślając jej, że na pewno to placebo w postaci witaminy c lub innej wody utlenionej, czym dostarczam jej dużo radości i z nią razem umieram ze śmiechu siedząc na fotelu dentystycznym. albo wyprawiam się w las i cofając się jedyną istniejącą drogą trafiam w zupełnie inne miejsce niż to, z którego wyszłam...i wracam do domu kolejką maltańską wciskając swą (na szczęście!) chudą dupkę na małe dziecięce ławeczki, słuchając piszczenia maluchów wymachujących balonikami w kształcie zebry oraz pohukiwania kolejki. a na babskiej imprezie zdobywam ni z tego ni z owego adoratora, który prawie mógłby być moim synem...

i tak sobie myślę

że

mam na co czekać
mam o czym myśleć
mam za kim tęsknić
mam z czego się cieszyć
mam o czym marzyć
mam po co wstawać co rano
mam do kogo się przytulić
mam gdzie pojechać, kiedy chcę się wyrwać codzienności
mam co penetrować intelektualnie
mam dwie ręce i dwie nogi
mam do kogo zadzwonić
mam z kim pogadać
mam głupola w sobie :)


...jestem szczęśliwa :)

a teraz najlepsze: koniecznie przy włączonych głośnikach i nie zniechęcać się długością oraz z pozoru brakiem sensu. choć wstęp na swój sposób jest uroczy. przynajmniej trafia w moje poczucie humoru. no ale ja jestem głupol...




wtorek, 21 lipca 2009

noc zadumana


przewrotne to trochę...nie chciałam dziś się obudzić...coś zjawiskowego zrodziło się w mej głowie. pomijając okoliczności hmmm... środek dnia, spacer za rękę z...(?! moja podświadomość dała mi niespodziewany prezent), patrzę w niebo, zachmurzone ciemnieje nagle i wyłania się księżyc, krótki błysk, widzę dwa księżyce, jeden w pełni, drugi przecięty dokładnie w połowie, trącam mojego towarzysza w ramię, żeby spojrzał, ale przedstawienie się kończy, chmury zasnuwają niebo... a po chwili apogeum niesamowitości: chmury znów się rozdzierają, środek wypełnia czyste niebo i widzimy tysiące małych księżyców, idealnie okrągłych, które zdają się spływać z firmamentu, jak lustrzane zajączki przechodzą przez promienie słońca, ich tęczowe odbicia osnuwają nas i ściany kamienicy, przy której stoimy... ciężko zawrzeć w słowach to, co widziałam, ale było to iście bajkowe...

a dziś rano odpalam google i w logo wyszukiwarki widzę...księżyc :) którego dokładnie 40 lat temu po raz pierwszy dotknęła ludzka stopa... :)


a z wcześniejszej fazy snu pamiętam kolejną fiksację na tematy "kiblowo-sedesowe"... i to już nie było takie przyjemne. po którymś śnie myślałam, że szczytem mej nieuświadomionej obsesji była kombinacja sedesu z windą, ale rondelek z rączką pobił wszystko... kto zna temat, wie, o co chodzi. więc krzyczę: POMOCY!!! jakiś psychoanalityk by musiał się mną zająć, czy cóś...


spowita nocnym pyłem księżycowym wracam do rzeczywistości...

sobota, 27 czerwca 2009

kobieta -ćma




mieszkała ze mną jedną noc. nie wiem, skąd się wzięła, nagle późnym wieczorem zaczęła walić skrzydłami o ekran włączonego telewizora. przez chwilę myślałam nawet, że to jakiś interaktywny program... gdy usiłowałam ją przegonić, przywarła do sufitu, biedna, wystraszona ćma, nie rozumiała, że chcę jej pomóc się uwolnić.

fascynują mnie te stworzenia. ich życiem i śmiercią jest światło...ono je przywołuje, za nim na oślep dążą, w nim płoną i giną... moje skojarzenia z ćmą: kobieta, która nie może zaznać spokoju, która wie, że się sparzy, ale nie przestaje wkładać rąk do ognia... byłam kiedyś taką ćmą zatraconą w chorej miłości. nie liczyło się nic, tylko to, aby jeszcze choć przez chwilę zanurzyć się w cieple destrukcyjnego płomienia, a potem niech kończy się świat... drugie skojarzenie: femme fatale, znów kobieta, tym razem zimna, metaforycznie ukazująca skrawek swych ud, tylko po to, aby go potem szczelnie ukryć, kusząca, zwodząca i porzucająca swe naiwne ofiary... taką kobietą też zdarzało mi się bywać...

poczucie bezpieczeństwa. stabilizacja. zaufanie. wartości, które bardzo cenię. osiągnięte mozolnym trudem i walką z samą sobą. a jednak czasem odradza się we mnie kobieta-ćma, która pragnie zrobić coś zakazanego i jeszcze raz poparzyć sobie skrzydła, która chce się zatracić i oddać się szaleństwu swemu...

gdy dziś wróciłam z pracy, w dalszym ciągu się błąkała po pokoju. usiadła na parapecie, jakby zamyślona, oglądała świat przez szybę. otworzyłam jej okno. nawet się nie pożegnała. mieszkała ze mną jedną noc...


wtorek, 2 czerwca 2009

01,06,09 kortowo




przez krótką chwilę,po raz pierwszy od bardzo dawna, wczoraj spotkałam się sama ze sobą... tam, gdzie przeszłość graniczy z przyszłością, każdą swą komórką poczułam teraźniejszość... miejsce generujące tyle wspomnień, deszcz i ja, na pomoście, stojąca na ławce, zapatrzona w toń jeziora, osnuta mgłą, przesiąknięta wodą z nieba płynącą... tyle obrazów, tyle uczuć, zapachów, melodii, smaków... przez tę krótką chwilę wszystkie radości i cierpienia zaklęte w pamięci tego miejsca, zlały się w jedno i oczyściły moją duszę... spłynęły w dół rwącym potokiem. słodki deszcz i słone łzy. łzy wzruszenia, ulgi, szczęścia... ON pozwolił mi zmoknąć i mókł razem ze mną, nie ingerując w to, co się we mnie dokonuje... wpuściłam GO do swojego świata i usłyszałam słowa, które są być może tymi na świecie najpiękniejszymi... na moim palcu lśni skrystalizowana miłość, a ja na nowo uczę się nie bać przyszłości...

sobota, 16 maja 2009

13 grudnia lat temu pięć ... z pamiętnika strzęp



taaa...dziś w nocy miałam zwierzątko. zwierzątko nazywało się gupik. jestem jak najbardziej świadoma faktu, że gupiki to rybki, ale mój osobisty gupik ni cholery rybką nie był. nie mam pojęcia zresztą, do jakiego gatunku mogłabym go zaliczyć. miał pazurki i kolce i siedział mi na prawym ramieniu, tak z tyłu bardziej, wczepiony w nie tymi pazurkami. szary jakiś taki był. i jechaliśmy pociągiem, na korytarzu, a te pociągi nasze są z natury brudne, to mu się brzuszek pobrudził, biedakowi :) i chciałam mu ten brzuszek umyć, zatargałam go do łazienki (w jakimś domu się nagle znalazłam) i gupik czerwony się zrobił i malutki taki. i ja go do łazienki do zlewu...i się bałam, że coś mu się stanie, że może pływać nie umie, czy coś...ale umiał, o dziwo! i lubił wodę, bo strumień prosto na niego leciał, a on takie fajne minki robił i się tak cieszył! i zlew się zapchał i on nurkować zaczął! a potem go wyjęłam i się zrobił zielony i taki miał zadowolony pyszczek...


dobra, już.

:)

czwartek, 14 maja 2009

z cyklu "z życia wzięte"



miejsce akcji: przymierzalnia w zarze

w rolach głównych: dwie dziewczyny mierzące ciuchy


- ja się nie mieszczę! musiałabym mieć rozmiar 36!
-podciągaj!
-no podciągam! ale w kroku mi nie sięgają! muszę mieć o rozmiar większe
-głupia jesteś, wejdziesz w nie!
-nie wejdę! a wiesz, co jest najgorsze? że to są te spodnie, które ostatnio miała na sobie ewa i tak fajnie w nich wyglądała!
-no co ty, to nie były te
-te, na pewno
-to musiała mieć większe! przecież ona jest mojej postury. a myślisz, że to są w ogóle spodnie dla nas?
-nie chcę tych spodni. przymierzę bluzkę.
-no pokaż się
-boże! czuję się w niej, jak bym zaraz miała zajść w ciążę!
-okropna jest, ściągaj!
-to ja już nie wiem, co mam kupić
-ja to mam wizję na tą koszulkę z tym paskiem
-a ja już nie mam żadnej wizji
-chodź tu ty moja wizjo!