sobota, 29 maja 2010

sobota

mam poczucie straty. boję się, że coś zdechło. coś się wypaliło. coś przestało oddychać. a my, pogrążeni w żałobie, na ślepo przemy i robimy sobie usta usta. 

dlaczego?

tak bardzo bym chciała, żeby było jak dawniej...

jadąc tramwajem lubię siedzieć na początku drugiego wagonu, w kącie na ławce i czytać książki z nogą założoną na  górę. to moja refleksja na dziś.

czwartek, 20 maja 2010

abre los ojos

dzisiejsza noc. duże nasycenie kolorów. robię zdjęcia, są surrealistyczne, jakby przerobione w photo-shopie. chłopak. duże, szare oczy. szopa kręconych jak sprężynki włosów. nigdy go nie widziałam. ma dłoń zawiniętą w bandaż. robię zdjęcie wielkiego, kolorowego motyla. nie mieści mi się w kadrze. robię zdjęcie dłoni chłopaka na tle skrzydeł. przełączam aparat na funkcję YELLOW i motyl idzie pod obiektyw jeszcze raz. jego skrzydła wyglądają jak płatki słonecznika.

przełączam aparat na CYAN. w kadrze wyłania się nagle niebo przetkane białymi, rozciągniętymi w poziomie chmurami. spomiędzy ich warstw widać fragmenty wieży zamku z czerwonej cegły. uświadamiam sobie, że jest to to samo miejsce, które zawsze mi się śni, ale widziane z lotu ptaka. nigdy tam nie dotarłam do końca. nigdy nie byłam w środku, nigdy nie widziałam tego miejsca w całości. zawsze jakieś fragmenty. mam obsesję na jego temat, chcę się tam kiedyś NAPRAWDĘ znaleźć.

robię zdjęcia nieba. przy jednym z nich chwilę dłużej przytrzymuję spust migawki i efekt jest niesamowity. z miejsca, w którym są chmury, na krawędzi bieli i błękitu, widać odrywające się z chmur krople deszczu, jakby pojedyncze kryształki. pokazuję te zdjęcia Margo, ona ocenia surowym okiem eksperta.

żegnam się z chłopakiem. widzę, duże szare oczy. zakochuję się w nich. on odchodzi.

jesteśmy z Margo gdzieś indziej, jakby pod sukiennicami. otwierają się drzwi. wychodzi z nich dziewczyna. głowę ma owiniętą rudym szalem. jest smutna, wygląda, jakby na kogoś czekała. Margo mówi, że to kolejna "ofiara" dużych, szarych oczu...

poniedziałek, 17 maja 2010

no tak właśnie


nieźle. ledwo wróciłam z pracy i musiałam do niej wracać. właśnie weszłam do domu. nie zamknęłam systemu kasowego, co jest wybrykiem niewybaczalnym i postanowiłam swój błąd naprawić. zakręciłam się na pięcie i pojechałam z powrotem do CHP. żeby było śmieszniej, oczywiście wszystkie dostępne mi wrota były pozamykane i musiałam wejść od strony ochrony. na mojej drodze wyrósł pan, który ni cholery nie chciał mi uwierzyć (widać źle mi z oczu patrzy), że muszę tam wejść i robię to w dobrej intencji. a dowodu pani nie ma? aha, akurat z drugiego końca miasta pani tak szybko przyjechała... a nie może pani tego zrobić rano? a wie pani, że jest już pani na kamerze? w końcu udało się go jakoś spacyfikować i mnie wpuścił, oczywiście nie omieszkał pójść ze mną i patrząc mi na ręce kontrolował sytuację...

teraz wydaje mi się to wszystko śmieszne, ale jak wyszłam stamtąd, wcale nie było mi do śmiechu. bo mi się jakieś klepki pootwierały. bo u Mamy znów wykryto jakiegoś guza,  termin biopsji dopiero na czerwiec, a nie wiadomo, co to jest i czy może tak długo czekać...bo już jest pewne, że zostaniemy z A. rozdzielone w pracy i nasze obawy były słuszne. bo J. znów wyjeżdża do stanów i dziś po raz ostatni wracałyśmy razem tramwajem... bo nie ma przy mnie M. kiedy go potrzebuję, bawi się gdzieś na rynku nawet nie wiedząc, że włóczę się sama po nocy. jutro mija 6 lat, odkąd jesteśmy razem i rok od naszych zaręczyn. mam wrażenie, że utknęliśmy w martwym punkcie i zastanawiam się,  czy każdy związek jest skazany na dojście do takiego etapu...

i tak mi się to wszystko jakoś upłynniać zaczęło. stałam na tym moście teatralnym i ryczałam jak głupia w oczekiwaniu na ostatni tramwaj. nawet chusteczki nie miałam, żeby sobie nos wysmarkać.

chyba już mi lepiej. przydałby się tylko masaż karku...

niedziela, 16 maja 2010

słyszę głosy...


coś dziwnego przydarzyło mi się wczoraj. położyłam się spać. musiałam zasnąć, bo nagle z głębokiego snu wyrwał mnie czyjś szept wypowiadający moje imię. słyszałam wyraźnie, ale mam wrażenie, że nie zmysłem słuchu, tylko gdzieś w głowie. wystraszona spojrzałam na zegarek. była minuta po północy...

jeszcze mi tylko jakiejś godziny duchów potrzeba :) prawdopodobnie coś musiało mi się przyśnić, ale nie pamiętam co, a głos był bardzo realny. byłam sama w domu (nie licząc Alberta, który nota bene okazał się być Albertynką), więc ze strachu włożyłam łeb pod kołdrę i udawałam, że mnie nie ma...

ktoś ma podobne doświadczenia, czy to tylko ja słyszę głosy...?

sobota, 15 maja 2010

na zakręcie


jakiś czas temu miałam sen z serii tych, które mnie prześladują co jakiś czas... oczywiście byłam w toalecie i po spuszczeniu wody wywaliło rury. cała łazienka została zalana przez ekskrementy, a ja zaczęłam się w nich topić...

masakra

nie wiem, czy to nie był sen proroczy, bo tak właśnie ostatnio się czuję. jakbym się dusiła. nawet fizjologicznie oddycha mi się dużo ciężej.

głowę mam zastawioną śmieciami, niepotrzebnymi gratami i złymi emocjami. w pracy zapiernicz. niepewność jutra. wizje zmian niekoniecznie na lepsze. w domu cisza i lód. stres. brak zrozumienia i zainteresowania. niemożność wypowiedzenia swego zdania, żeby nie usłyszeć słów krytyki. zamykam się w sobie. coraz bardziej w siebie uciekam.

i coraz większą mam ochotę pierdolnąć to wszystko w cholerę. wyjechać gdzieś, gdzie świeci słońce, gdzie nikogo nie znam i zacząć życie od nowa.



sobota, 1 maja 2010

ciało



staję naga przed lustrem i przyglądam się tej po drugiej stronie. stopy, łydki, kolana, uda. pośladki i brzuch, piersi, szyja. ręce, dłonie. twarz. spojrzenie. oczy. co mi dziś powiesz?

to wszystko to otoczka. forma. stojąc kiedyś w kolejce po ciała wylosowałam takie właśnie. długo się go uczyłam. mimo wielu zastrzeżeń udało mi się je polubić. codziennie je karmię, ubieram, ogrzewam i myję. czasem ozdabiam. ale to nie cała ja. prawdziwa ja kryję się gdzieś pomiędzy jednym a drugim oddechem. przepływam razem z krwią przez tunele żył. przyczajona czekam na kolejne uderzenie serca.

odwieczny dualizm. ciało i dusza. uzależniona od swego niedoskonałego ciała idę przez życie. łapię chwile. zapamiętuję obrazy. chwytam ulotne wrażenia. zapisuję swoją kartę. nadejdzie czas, kiedy skończy się na niej miejsce. zapisana w całości zostanie spalona i pozostanie tylko proch. ciało zwiędnie. przeminie, zgaśnie. pozostaje mieć nadzieję, że  pierwiastek, który tę formę wypełnia treścią przetrwa gdzieś bezpiecznie. każdy z nas przez to przejdzie. to jedyne, co w życiu pewne.

może znów gdzieś, kiedyś, staniemy w jakiejś kolejce po ciała i kolejny raz otrzymamy jakąś mozaikę splątanych genów?

czwartek, 29 kwietnia 2010

mycha :)


ciężko tę cholerę złapać w bezruchu, a co za tym idzie, zrobić jej zdjęcie, ale parę razy się udało...
oto Albert :)