... położyłam się na stole i przykryłam ołowianym żołnierzykiem.
- co tam robisz pod tą marynarką? śmiejesz się, czy płaczesz?
- widziałaś mnie kiedyś taką...?
- nie... nie jestem pewna, jakie moje słowa wywołają w tobie jaką reakcję, więc profilaktycznie zamilknę.
- to nic nie da. wystarczy, że patrzysz...
okoliczności przyrody piękniejszych i bardziej romantycznych wybrać sobie nie mogłam. mc donald's koło dworca pkp, w otoczeniu "zmielonych rogów i innych kopyt", zakręconych frytek z sosem śmietanowym i rozlanej w roztrzęsieniu rąk herbaty. znów ludzie dziwnie na mnie patrzyli, a ja sama wyglądałam, jakbym dostała w pierdol, ze znamieniem czarnych meandrów rzeki spod rzęs płynącej, na policzku. ale cóż. cóż...
w podziemnym przejściu z dworca zachodniego na główny spod strun gitary, blaszek harmonijki ustnej i z ust ulicznego grajka wydobywał się, jak dżin uwolniony z butelki, zegarmistrz światła purpurowy. z naprzeciwka wypłynął ludzki tłum. znaczyło to, że pociąg już przyjechał.
kilka chwil później, ładując torbę do bagażnika, ujrzałam skrzynię pełną książek. do domu wracałam ze stosem, który ledwo mogłam unieść. tarzam się w nich, jak w rozpuście. dotykam palcami ich twarzy, pieszczę okładki. nie wiem, którą wybrać na przystawkę, a którą jako danie główne.
śniła mi się dziś Mundi. zupełnie inaczej, niż zwykle. była radosna. w świetnej formie. opalona.
może w końcu kiedyś przyjdzie wiosna...? po roztopach ;)
wg aplikacji na fb księżyc pokazuje już 88 % swojej okazałości. to nawet pokrywałoby się z rzeczywistym jego obrazem. jest lekko zasnuty chmurami. uwielbiam go w takiej postaci. jeszcze nie pełnia, ale już niebawem... jest teraz jak kochanka pokazująca swojemu mężczyźnie tylko skrawek swojej nagości, uśmiechająca się zalotnie do jego wyczekiwania...

1 komentarz:
no tak ...
Prześlij komentarz