sobota, 31 marca 2018

z cyklu: dialogi anatomowe


- Mogłabym tak leżeć z nosem w twojej pasze.
- Co? Chcesz paszę?
- Nie, bo się upaszę...

czwartek, 21 września 2017

słodka trucizna


w powietrzu roztacza się ciężki zapach Poison, którego flakon kolorem przypomina obraz namalowany puklem moich włosów i mołdawskim winem. czerwona koronka spada na podłogę. na szyi czuję wibracje wytworzone jego oddechem. zaciskam palce na jego plecach. dwa cienie przemykają na miękki materac. wyciągam spod brzucha pluszowego kota, w biodro gniotą mnie drewniane klocki. tonę w gęstej mgle, zatracam się w rozkosznym rozedrganiu. na chwilę zapominam, że jestem matką, kucharką, sprzątaczką... staję się KOBIETĄ. upajam się chwilą. czuję się lekko sponiewierana. uwielbiam ten stan...


środa, 9 sierpnia 2017

książkowa rozkmina


wpadło nam w ręce "Pachnidło", a tam intrygująca dedykacja... umysł zaczął pracować, śledztwo w pełnym toku, przeszukaliśmy zakamarki niepamięci, a potem półki z książkami i udało się rozwiązać zagadkę :)
jakie to miłe, móc sobie przypomnieć po latach fragment swojego życia :)



środa, 2 sierpnia 2017

wietrzne dzwonki



                                       - Mama? A jak będę duży, to ty będziesz umierać?
                                       - Każdy kiedyś będzie musiał umrzeć kochanie...
                                       - Mama, mi będzie bardzo smutno bez ciebie...


jesteśmy jak te dzwonki kołyszące się na wietrze. pada na nas deszcz, osusza nas słońce, schodzą z nas kolory, płowiejemy. chwilami milkniemy, by za chwilę radośnie zabrzęczeć. a potem nadejdzie taki czas, że pozostanie po nas tylko głucha cisza.

ja jednak zadźwięczę dla Ciebie Synku. nawet, jak już mnie nie będzie...

piątek, 28 kwietnia 2017

poranek


zwykle Stef śpi w swoim łóżku, a za ścianą w swoim my. w trójkę, żeby była jasność. już jakiś czas temu pogodziłam się z faktem, że łóżeczko ze szczebelkami stanowi tylko element dekoracji :) w środku nocy Młody przychodzi po nieprzytomnego Tatę ("w nocy jestem tatowy, a w dzień mamowy"), który ląduje z nim w wyrku i zostaje tam do rana. o świcie słyszę tupot małych stóp i czuję się jak parówa od hot-doga, otoczona jak bułą dziećmi, z jednej strony to małe, czasem na śpiku przyssane do mamy, z drugiej to większe, rozczochrane, kudłate. 

dziś było tak samo.o 6.30 jak zwykle Bachna obudziła się z wielkim bananem na swej ślicznej buźce. jak zwykle starszy brat przyniósł jej nocniczek. po obowiązkowym posiedzeniu odnotowałam obecność drogocennego materiału, który to poszłam zutylizować, zostawiając na chwilę dziecko w takim stanie, w jakim zdjęłam je z rzeczonego topka. jakież było moje zdziwienie, kiedy weszłam do pokoju, a moja cudna córeczka z ogromnym zainteresowaniem oglądała swoje paluszki ubabrane brązową mazią, która rozpościerała się również na naszym białym do niedawna dywanie...

dodam tylko, że w dalszym ciągu nieprzytomny Tata został wezwany na pomoc, Bachna wylądowała w zlewie, a w ruch poszedł Domestos...

kocham te nasze poranki.


sobota, 31 grudnia 2016

zachcianki ananki

jakby to miało jakieś znaczenie, ale jeszcze w starym roku, takie zachcianki drobne chciałam tu zamieścić...

żeby czasem zdążyć wypić ciepłą herbatę.
żeby czasem dać radę zrobić coś do końca, bez przerywania tej czynności kilkakrotnie, bo właśnie coś się wydarzyło...
żeby kiedyś jeszcze móc pogapić się bezczynnie w sufit. albo jeszcze lepiej w niebo. i żeby nikt nic ode mnie nie chciał. i żeby nikt do mnie nie gadał.
żeby móc się wysikać (już nie mówiąc o czym innym) w spokoju oraz bez asysty któregoś z członków rodziny.
żeby nie stresować się podczas pośpiesznego robienia niezbędnych zakupów.
żeby przespać całą noc, od początku do końca.
żeby przespać ją w objęciach męża, bez nocnych roszad i wymian dzieci między łóżkami.
żeby móc bezkarnie napić się grzanego wina tudzież zrelaksować się inaczej...
żeby po sytym niedzielnym obiedzie móc sobie poleżeć w łóżku i poleniuchować przy dźwiękach Sjesty i gadaniu Kydhyńskiego.
żeby czasem jakiś film obejrzeć... może nawet w kinie? to by było dopiero szaleństwo!

ależ się rozmarzyłam! nie, broń boże się nie skarżę, bo czymże bym była bez tej szarej codzienności? samotną, sfrustrowaną kobitą. tak tylko czasem mnie nachodzą takie kaprysy niewinne... tak na chwilę.

najlepszości w tym roku nowym.

czwartek, 15 grudnia 2016

pełnia

spełniony księżyc chwyta mnie za rzęsy, podnosząc do góry powieki i nie pozwalając spać. "kocica wodzi za mną oczami, szczypiąc mnie wzrokiem"... w głowie kolaż z obrazów, myśli i wrażeń. wycinanki z papieru. wyklejanki z gazet. jak szklana kulka po kaflach toczy się kropka, która spadła znad "zet" w wyrazie "kolaż". reflektor za oknem oświetla zegar, w którym kurczy się ilość czasu pozostałego do rana. nasłuchuję ich oddechów. kolejna nieprzespana noc...

środa, 23 listopada 2016

zapominam

zapominam,kim jestem,jaka jestem,co lubię i nie wiem,jak do tego dotrzeć. jestem mamą. to jedno,czego jestem pewna. i chwilowo nie jestem w stanie być kimś jeszcze. dawną sobą. sen jest luksusem,na który mnie nie stać. ale to nic,to nic. najważniejsze,że udało mi się uśpić niepokój i odgonić złe wizje. jeszcze trochę chyba pożyję i to się liczy najbardziej.

środa, 14 września 2016

refleksja



 idę brzegiem morza, a woda obmywa moje bose stopy. w chuście na brzuchu mam tobołek z najcenniejszą na świecie zawartością. przez chwilę czuję się, jakbym znów była w ciąży. wystawiam twarz do słońca i wsłuchuję się w uspokajający szum fal. ładuję baterie. wyganiam z głowy obawy o przyszłość. i tak sobie myślę, że chociaż już pół życia za mną, to jeszcze całe życie przede mną...

piątek, 1 lipca 2016

szczęście

sama jeszcze w to nie wierzę. mam ją przy sobie. śpi, o dziwo, bo wczoraj cały dzień skrzeczała jak żaba mała. 29.06.2016. godzina 8.40. 4040g, 56 cm. tak wygląda w liczbach. a jak w rzeczywistości? jest najpiękniejsza na całym świecie 😊. nasza Basia *♡*

poniedziałek, 22 lutego 2016

kalejdoskop


kiedy byłam małą dziewczynką uwielbiałam bawić się kalejdoskopem. pamiętam, że miałam taki, w którym były połówki guzików, plastikowe patyczki i różnokolorowe szkiełka. mogłam godzinami patrzeć na obrazki, jakie tworzyły te proste elementy, każdy inny i niepowtarzalny, dziesiątki kombinacji.

dziś patrzę wstecz i też mam wrażenie, jakbym odwracała kalejdoskop, z tą tylko różnicą, że zamiast barwnych cząstek układanki, przed moimi oczami wyświetlają się obrazy z niedalekiej przeszłości. 

po raz pierwszy Cię przytulam, słyszę Twój płacz, nieporadnie przystawiam Cię do piersi. głaszczę Twoje włoski, oglądam małe paluszki, całuję cudne stópki. początki w domu, pierwsza nieprzespana noc, kiedy razem z Twoim Tatą usiłujemy odgadnąć, czego Ci potrzeba, żeby ukoić Twój płacz. o 4 nad ranem zmieniamy kolejną pieluchę, a Twój Tata w roztargnieniu przykrywa się Twoim kocykiem, który sięga mu mniej więcej do pasa... ja niewyspana chodzę po kuchni z przyklejoną do tyłka wkładką laktacyjną... tudzież próbując Cię uśpić i ściemnić światło, wkładam do abażura lampki nocnej skarpetki, niemal powodując pożar... Twoje pierwsze nieśmiałe uśmiechy, gaworzenie. Święta wielkanocne, podczas których leżysz w stroju świętego Mikołaja, a Dziadek gra Ci na flecie. spacery do lasu, przedzieramy się wózkiem przez chaszcze, a Twoje wielkie oczy lustrują otoczenie. płacz oznaczający, że natychmiast musisz się do mnie przyssać. siedzimy na trawie, na polanie, a Ty z zadowoleniem pijesz mleko. jesteśmy na basenie i niespecjalnie zadowolony pozwalasz nam na te fanaberie, marząc o tym, żeby jak najszybciej wrócić do domu. ostatnia wizyta w szkole rodzenia, podczas której niezaprzeczalnie jesteś największą gwiazdą, powodując że na dzień dobry musimy skorzystać z przewijaka... pierwsza łyżeczka marchewki powitana pogardliwym prychaniem i płaczem. pierwszy ząbek. pierwszy głośny śmiech. pierwszy raz, kiedy na widok nieznajomego Ci jeszcze pana J. wtulasz się we mnie, szukając ratunku. jeszcze nie umiesz sam siedzieć, więc obłożony poduchami bujasz się w huśtawce. zasypiasz na trampolinie. traumatyczne kąpiele, które powoli zaczynają sprawiać Ci przyjemność. radość z nowego nabytku, jakim jest nocnik. Twoje głupawki i napady dobrego humoru. dobierasz się do moich wełen i plączesz wszystko przeokropnie. zaczynasz raczkować. zasypiasz na sankach. noce, podczas których budzisz się po 12 razy, traktując mamę jak smoczek. pierwsza noc, kiedy zostajesz sam z Tatą, żeby nie czuć mojego zapachu. próby powtarzania usłyszanych słów. wertujemy stosy książeczek, ucząc się świata w teorii. moja przedwczesna radość z tego, że w końcu mówisz "mamamamama", co okazuje się być "amamamamam", jako że jesteś wiecznie głodny :) mam przed oczami Twoje pierwsze samodzielne kroki i Twoją olbrzymią radość i zdziwienie, że tak potrafisz. wakacje w Chorwacji. długa podróż, którą mimo niedogodności tak dzielnie znosisz. jesteśmy w ogródku, a Ty co chwilę wyciągasz mnie na czerwone porzeczki, które sam obrywasz z krzaczka i jeszcze niedojrzałe, kwaśne jak pierun ładujesz do paszczy. jesteśmy nad morzem, a Ty próbujesz robić babki z piasku. jedziemy nad jezioro, w końcu dajesz się namówić na kąpiel w wodzie, a potem leżysz ze mną na kocyku i dajesz mi słodkie buziaczki. zaczynasz sam wołać, że chcesz "tron". zaczynasz nazywać po swojemu poszczególne rzeczy lub czynności. pomagasz nam ubierać choinkę. mówisz coraz więcej... mówisz całymi zdaniami, używając takich zwrotów jak: nawet, przecież, po prostu, w ogóle, chyba, na pewno... z każdym dniem coraz bardziej mnie zaskakujesz swoją mądrością. jesteś cudowny, najlepszy na świecie :) no i to wzruszenie, kiedy podchodzisz do mnie, odkrywasz mój nabrzmiały brzuch i przytulasz się do niego, albo go całujesz... już wiemy, że mały lokator, który go od jakiegoś czasu zamieszkuje, będzie naszą małą Basią :) 

ech Stefciu, mogłabym tak godzinami zaglądać w ten swój kalejdoskop pełen kolorowych obrazków. przez te dwa lata, kiedy jesteś z nami, sporo się ich nazbierało. oczywiście nie zawsze jest tak cukierkowo, dużo w nich też frustracji, lęku, nerwów, łez Twoich i moich... ale to wszystko nieważne, bo wiem, że jutro rano znów przytuptasz do naszego łóżka, usiądziesz między Tatą i mną i powiesz: "już jestem" :) i to właśnie jest najpiękniejsze: jesteś, jesteś z nami już dwa lata! wszystkiego najlepszego z okazji urodzin Synku. to zaszczyt i wielkie szczęście być Twoją mamusią :*

środa, 3 lutego 2016

nocne wyznania


czwarta nad ranem. tupot małych stóp i już czuję przy sobie ciepłe ciałko synka. tłuste paluszki w ciemności gładzą moją twarz i słyszę ten anielski głosik:

-mama... mamusia, tak, to mamusia. supej, huja! kocham cię mamusiu. kocham mamusię. bajdzo.

cała się rozpływam ze wzruszenia :)

wtorek, 29 grudnia 2015

z cyklu: dialogi świąteczne

Miejsce akcji: kuchnia

Mój Mąż:-Nażarłeś się?
Mój Tatuś (z przekonaniem):-Tak!
Mój Mąż:-Do psa mówiłem...

czwartek, 26 listopada 2015

kobieta w lustrze


"Od teraz wiem już, w jakim celu wstaję codziennie rano: by budować życie. Dni następują jedne po drugich, podobne do siebie i potrzebne, ja zaś nie muszę sztucznie ich rozróżniać poprzez wyjścia i spotkania. Czas rozciąga się wraz ze skórą na moim brzuchu, jego upływ tworzy nową istotę.

Postrzegam siebie jako maleńkie ogniwo nieskończonego łańcucha, lecz to nic nieznaczące miejsce zupełnie mi wystarcza. Co więcej, cieszy mnie. Tkwiąc na swej mikroskopijnej drabince, uczestniczę w ogromnym cyklu, przenikam do wszechświata, utrwalam go. Rzeczywiście, to bardzo wygodne wykonywać z dobrym skutkiem zadanie kobiety: daję życie, a wcześniej sama je otrzymałam. Później będę jego strażniczką, aż mnie opuści... Życie mnie poprzedza, życie przyjdzie po mnie, lecz dopóki istnieję, życie mnie potrzebuje."*

*Eric-Emmanuel Schmitt: "Kobieta w lustrze"

poniedziałek, 14 września 2015

długi al

jeszcze jeden Al zagościł parę dni temu we śnie moim. jestem w więzieniu, włóczę się po spacerniaku, współwięźniarki krzyczą za mną: "jak tam z twoją ucieczką?", odpowiadam,że nic z tego, bo strażnik jest bardzo czujny. jedna wspomina, że to nie problem i jej chłopak, Długi Al, który jest kanibalem, sobie z nim poradzi...


następna scena jest taka, że siedzimy z Długim Alem pod jakimś drzewem.
ja:- Szkoda mi trochę chłopa, to był w sumie dobry człowiek.
Al (wypluwając jakąś kość):- Ja wiem, czy taki dobry? Trochę łykowaty...

niedziela, 13 września 2015

kanapka


T:- Chcesz kanapkę?
A:- Chcę. Już wiem, co obejrzymy, "Idola"!
T:- Z pasztetem?
A:- Z Alem Pacino...

niedziela, 2 sierpnia 2015

bez nadziei


miałam coś napisać, ale to bez sensu. po co? nikogo to nie obchodzi. nawet nie umiem zwinąć swoich uczuć w kulkę i uformować w kształt słów. pusta, wypalona, działam automatycznie, bo muszę. przestałam już wierzyć. im bardziej się staram, tym bardziej odwrotne skutki osiągam. najchętniej przykryłabym się trawą. duszę się. łzy się skończyły. nie ma we mnie nadziei.

piątek, 24 lipca 2015

wakacje


nosiło mnie. doszliśmy do wniosku, że matka też człowiek i może zrobić sobie wakacje. już byłam spakowana, poumawiana, wydawało mi się, że gotowa i... wzięłam szkraba na kolana, pogłaskałam po tych cudnych loczkach i wszystko wzięło w łeb :) siedziałam na walizkach, ryczałam jak głupia i odkręcałam telefonicznie całą akcję. oczywiście potem trochę żałowałam, ale na szczęście nadarzyła się druga szansa i tym razem zamknęłam oczy i skoczyłam, jak radził mi mój tatuś ;) 

tym oto sposobem znalazłam się na chwilę w Moim Mieście. utęsknionym, wyidealizowanym, zanurzonym w hałasie. na cztery godziny rzuciłam się w ramiona konsumpcjonizmu. potem spotkanie z dawno nie widzianymi bliskimi ludźmi. a jeszcze później czas sam na sam z brukiem starego rynku, stukotem kół tramwajowych, murami ulubionych knajp.

niby nic się nie zmieniło, a jednak... zwiedzanie w pojedynkę tego, co kiedyś dzieliliśmy razem nie ma większego sensu. tęsknota, samotność i poczucie straty. zgubiłam gdzieś znaczenia i sensy. już nie czuję się tam u siebie. również tutaj nie udało mi się jak dotąd zapuścić korzeni i nic nie wskazuje na to, by się to zmieniło. wszystko jest nijakie. nie mam swojego miejsca na ziemi. 

utwierdziłam się za to w przekonaniu, że istnieją bratnie dusze. właścicielka jednej z nich zapakowała mnie do pociągu, cierpliwie wysłuchiwała paplania matki spuszczonej ze smyczy i dała schronienie :)
dlatego mimo rozczarowania Moim Miastem cieszę się, że odważyłam się jednak zostawić Dziecię i pobyć przez chwilę z kimś innym, ale także sama ze sobą...


wtorek, 9 czerwca 2015

chabry i maki




za chabry i maki. za wiatr we włosach. za kruka na niebie.
za polną ścieżkę i poczucie wolności.
za dumę z samej siebie...

dziękuję Ci :)

piątek, 27 marca 2015

"ze światła poczęte..."


jako mała dziewczynka jeździłam z rodzicami na każde wakacje do babci. kawał drogi, do pokonania pół kraju, przesiadka, czekanie na kolejny pociąg, najlepszy na świecie bigos zjedzony w dworcowej knajpie. potem lata studenckie i mały wypad do kuzynki. bo był zlot garbusów, na które wówczas chorowałam. włóczęga po knajpach, z których można było zabrać widokówki, film wyświetlany na kawałku prześcieradła i rosnące przy torach tramwajowych mirabelki, z których zrobiłyśmy kompot... sentymenty.

tak, takie mniej więcej powody mną kierowały, kiedy postanowiłam, że chcę zamieszkać właśnie TAM. okoliczności przeprowadzki trudne, łzy i wyrzuty sumienia. wiem jednak, że gdybym tego wtedy nie zrobiła, zwariowałbym. to więcej niż pewne.

tam uczyłam się na nowo uśmiechać. oddychać pełną piersią. kochać. ufać. tam dostałam po dupie. tam smakowałam dorosłego życia. tam znalazłam bratnie dusze, tam też wiele straciłam. zasypiałam przy stukocie kół tramwajowych, tam się gubiłam, by odnaleźć to, co niewidoczne dla wiecznie zabieganego tłumu. tam odkryłam wiele miejsc, które sobie na zawsze ukochałam. tam spotkałam Tego, na którego zawsze czekałam.  tam powstało nowe życie, które nosiłam w sobie przez dziewięć miesięcy, a teraz codziennie pielęgnuję...

utkane z marzeń, spełnionych obietnic, niezrealizowanych nadziei, z szumu samochodów, z zimnego wiatru znad rzeki, z zapachu mięty, z przesyconych miłością kolorów, z wrażeń, z bezsenności, z łez, samotności, kurzu i lęków. "ze światła poczęte - moje miasto..." *



 * Maria Peszek -  Moje Miasto